Koło PTTK Pracowników PP
Koło nr 8
Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego
Pracowników Politechniki Poznańskiej
Rok 2011
Zebraniem w dniu 11 lutego rozpoczęliśmy kolejny rok turystyczny. Po odczytaniu sprawozdania, z którego dowiedzieliśmy się, co robiliśmy w zeszłym roku i po odsłuchaniu pochwał ze strony Komisji Rewizyjnej zaplanowaliśmy sobie rok bieżący. Poza tradycyjnym wypadem do Jaru Śnieżycowego i zagranicznymi wyjazdami w majowe i czerwcowe długie weekendy, postanowiliśmy zwiedzić w tym roku wyspę Wolin. Wycieczkę chętnie zgodził się poprowadzić zawodowiec już w tym fachu - Stefek Chojnacki. Natomiast kwiecień postanowiła zagospodarować nam Alinka Borysionek, kusząc, jak tylko kobieta potrafi, pięknem Parku Mużakowskiego i szlaków między Trzemesznem a Mogilnem.
Nie zapomnieliśmy też zeszłorocznych dokonań na spotkaniu powycieczkowym (patrz >> spotkanie powycieczkowe), jeszcze nie uhonorowanych. Włodek Parnasow, Kazik Ciesielski i Danka Górecka otrzymali certyfikaty wiedzy i umiejętności w swoich dziedzinach - panowie w zakresie "umiejętnego wyciągania pieniędzy z kieszeni podatników" (zyski z licytacji zasiliły kasę Koła), koleżanka Danusia w zakresie "fotografii zagadkowej" (galeria fotografii zagadkowych obiektów). W ten prosty sposób podnieśliśmy rangę naszego Koła. Posiadanie w swoich szeregach członków certyfikowanych - nobilituje. (JL)

RAJD ŚNIEŻYCOWY
Kilka informacji o tegorocznym kwitnieniu śnieżycy. Byliśmy i podziwialiśmy, pokonawszy wcześniej długi kilkukilometrowy odcinek trasy z parkingu w Starczanowie do Jaru Śnieżycowego. Sprawdziliśmy komisyjnie, że dana śnieżyca kwitła obficie pod koniec marca. Trzeba też przyznać, że pogoda była w sam raz na rekonesans. Kwitnącą śnieżycę można w tej chwili oglądać już z pełnym szacunkiem - na stojąco. Jako, że ławki z rezerwatu uprzątnięto, odpoczynek mogliśmy zrobić sobie dopiero w drodze powrotnej nad brzegiem Warty, na powalonych przez bobry pniach. (JL)
 Zdjęcia z rajdu

GONTYNIEC
15 lutego otrzymaliśmy taką informację:
"Dnia 20.02 Zbyszek T. zaprasza chętnych do Gontyńca.
Wyjazd pociągu z Poznania 08:04.
Reszta w załączniku.
Iwona"
W załączniku zaś Zbyszek Tomaszewski napisał m.in. tak:
"(...) Pragnąłbym wejść na Gontyniec ubrany w białą szatę kończącej się zimy. Z pewnością będzie na najwyższym wzniesieniu północnej Wielkopolski krótszy lub dłuższy postój. A potem ruszymy w kierunku Chodzieży czerwonym szlakiem przez pagórki i doliny przypominające góry (...)"

NAJPIĘKNIEJSZE JEZIORA EUROPY
9-dniową wyprawę szlakiem najpiękniejszych jezior Europy wymarzyła i doprowadziła do skutku Ewa Grobelska, a zachwyciła się, sfotografowała i napisała na ten temat Iwona Pujanek.
Do poczytania    Do pooglądania

RAJD TRZEMESZNO-MOGILNO
Bardzo wczesnym, jak na sobotę, rankiem 14 maja o godzinie 7:45 wyruszyliśmy pod kierownictwem Aliny Borysionek z peronu 5 Dworca Głównego w Poznaniu (dokładnie co do sekundy - gratulacje dla TLK) w stronę Trzemeszna. Zebrało się 9 osób. Każdy z nas zabrał, według rozkazu kierowniczki, chusteczkę do machania na Marka Sowińskiego, który miał wsiąść nieco później (z rowerem), żeby nas zauważył i nie przegapił pociągu. O godzinie 8:30 wysiedliśmy z pociągu na dworcu w Trzemesznie i ruszyliśmy z naszymi bagażami "na miasto". Okolice, które przyjechaliśmy zwiedzać należą do bogatych w wydarzenia historyczne i zabytki: Bazylika Wniebowzięcia NMP z pierwszej połowy XII wieku, Gimnazjum i Collegium Tremesnensis z 1773 roku, dawny Szpital św. Łazarza z XVIII wieku. Ostatnim obiektem, jaki zwiedziliśmy w Trzemesznie była miejscowa restauracja "Czeremcha" i wcale nie kawa była pierwszą potrzebą, jaka nas tam gnała. Zaspokoiwszy potrzebę i wypiwszy kawę ruszyliśmy pod dworzec, a spod dworca na szlak do Mogilna. Kierowniczka Alinka aż do końca trzymała w tajemnicy informację o liczbie kilometrów, jaka była do przejścia. Wydało się to podejrzane, więc Włodek Parnasow zainstalował sobie krokomierz. W drodze Pani Kierownik zaplanowała kilka punktów, które ułatwiły (jeśli nie umożliwiły) przejście tej ogromnej odległości. Już po czterech kilometrach zatrzymaliśmy się pod wiejskim sklepikiem na piwo. Potem pocieszani przez kierowniczkę, że następny punkt już niedaleko, dotarliśmy do wieży widokowej w Dusznie. Z wieży Pani Kierownik pokazała nam, sprawiające wrażenie niedalekiego, Mogilno (zresztą Gniezno stamtąd też wydawało się niedalekie), w związku z czym napełnieni nadzieją bliskiego kresu ruszyliśmy na ostatni odcinek wędrówki. Po drodze powoli ta nadzieja gdzieś się ulotniła, ale kiedy minęliśmy tablicę z napisem MOGILNO, wstąpiła w nas na nowo. Na ostatnich nogach przeszliśmy cmentarz i dotarliśmy nad jezioro, a tam okazało się, że cel jest po jego drugiej stronie. Nie wiem, jak to się stało, że w końcu dotarliśmy do klasztoru. Nie wiem też, skąd mieliśmy siły, żeby po rozlokowaniu się i obiedzie, podanym w refektarzu, pod przewodnictwem bardzo miłego i pełnego wszelkiej wiedzy historycznej pana Zenka obejrzeć klasztorne podziemia oraz kaplicę i wrócić jeszcze do parku na drugim końcu jeziora na imprezę z okazji Dni Mogilna. Nie wiem też o czym rozmawialiśmy (Alinka chyba snuła plany na następny dzień) w refektarzu po powrocie do klasztoru, bo zasnęłam na siedząco. Rankiem jednak obudziłam się w naszej klasztornej celi, co oznaczało, że jednak do niej w końcu dotarłam. Po Mszy św. i śniadaniu pożegnaliśmy gościnne progi monastyru, zajrzeliśmy jeszcze z ciekawości do kościoła św. Jakuba z połowy XVI w. i ruszyliśmy w stronę Chabska z postanowieniem obejrzenia pokazu na Zlocie Miłośników Militariów. Nie było lekko i łatwo, choć plecaki były już lżejsze, jednak okazało się, że z powodu deszczu, który nas nie zniechęcił, panowie Miłośnicy już się ulotnili. Na placu boju pozostał tylko SKOT w kolorze pustynnym i parę granatów. Zwiedziliśmy za to Muzeum Ziemi Mogileńskiej i poszliśmy na dworzec do Wydartowa. Trzeba przyznać, że gdybym nie dała się skusić na ten wyjazd, to miałabym czego żałować. (JL)
 Fotoreportaż

Czas nam minął bardzo pracowicie: zrealizowaliśmy podróże do Toskanii i nad najpiękniejsze jeziora Europy, trafiła się nam także podróż do Gniezna zabytkową lokomotywą z firmą TURKOL na koronację króla Chrobrego.
Zbliża się koniec sierpnia, a więc i nasz sierpniowo-wrześniowy wyjazd. W tym roku górskie szczyty zamieniamy na piaszczyste wydmy, a szemrzące strumyki na szumiące morze. Gdyby jednak ktoś chciał pomyśleć, że będzie łatwo, to kierownik już zapowiedział trasy z góry na dół i, co gorsza, z dołu do góry. Na szczęście woda morska leczy spuchnięte nogi.
W międzyczasie Zarząd Koła PTTK nr 8 wszedł w posiadanie takiej oto notatki:
Styczeń'2011. Na Wolin wybiera się speckomando "Poznańczanie", które od 62 lat penetruje poszczególne lokalizacje w Polsce. władze województwa szczecińskiego i gminy Wolin zlecają rozpoznanie speckomanda i całodobowy monitoring przywódców grupy.
Maj'2011. Speckomando "Poznańczanie" dostało przydział do garnizonu POSNANJA w Międzywodziu. Szczecin i Wolin zrzekają się władzy na rzecz Międzywodzia, które ogłasza alert różowy, sporządza plan działania i rozdziela role.
Lipiec'2011. Alert w kolorze pomarańczowym. Przygotowania do przyjęcia speckomanda idą pełną parą.
1. Z Szanghaju leci czarterem AirChina partia dezajnerskich deszczpałatek.
2. Z knajp i składów na głównej arterii Międzywodzia stopniowo znika Lech. Wiadomo - Lechici nie tkną Lecha za sprawą Lech Kolejorza. Pojawiają się duże ilości piwa Żubr i inne szlachetne trunki (na przykład rum).
3. Agora S.A. zwiększa nakład Gazety Wyborczej i otwiera nowe punkty dystrybucyjne w Międzywodziu i bratnich miejscowościach.
4. Spece od marketingu zamawiają partię krawatów w kolorze biało-niebieskim oraz sandałów trekingowych na szpilkach.
5. Poczta Polska wiesza się na bramie garnizonu POSNANJA, przewidując duże obroty.
6. Do biura festiwalowego w Kamieniu Pomorskim wpływa prośba od Poznańskich Słowików - czy mogą wystąpić? Kamień nie jest z kamienia i się zgadza.
7. Doktor Adalbert Medicus Łapka zleca przegląd swojego Chevroleta.
8. Trubadur Luciano Pavarottiano z Międzywodzia inwestuje w nowe basy.
Sierpień'2011. Alert żółty. O speckomandzie, dzięki mechanizmowi komunikacji międzygenotypowej, dowiaduje się świat zwierzęcy. 1. Wydry polerują Wydrzy Głaz. Zamawiają u bobrów stołki. Bobry odmawiają - ich stołki nie nadają się do siedzenia, co najwyżej do wbijania się na pal.
2. Orzeł bielik zajmuje pozycję na najwyższym kikucie drzewa na wyspie Mielin i wprawia się w roli celebryty.
3. Kormorany potrajają produkcję guana. Liczą na lukratywny kontrakt z Zarządem Miasta Poznań na energooszczędną dewastację zieleni miejskiej - bez użycia pił spalinowych.
4. Komary symulują trasy przemieszczania się speckomanda. Stosują w tym celu ANALIZĘ WIELOKRYTERIALNĄ, ALGORYTMY UCZĄCE SIĘ oraz DANE HISTORYCZNE o dyslokacji i przelotach mechanicznych komarów V2 i V3.
5. Zaniepokojone rosnącym popytem na Żubra, żubry w Kwasowie wywieszają wywieszkę "Przerwa urlopowa do 4 września".
26 sierpnia 2011. Alert rozpalony do białości. Komary i kormorany w pełnej gotowości. W garnizonie POSNANJA, w oknie apartamentu o podwyższonym standardzie wielka wlepka PREZES. Oberżyści wywierają wierzeje na oścież. Doktor grzeje silnik Chevroleta. Trubadur namaszcza struny głosowe Żubrem z żółtkami. Sernik w piecu. Ceny skaczą. Serca skaczą.
Rzutem na taśmę zawistna konkurencja podmienia tablicę "Garnizon Posnanja" na "Pensjonat Varsowia" i rozmieszcza na drogach dojazdowych samochody z rejestracją mafii pruszkowskiej. Nic to! Speckomando "Poznańczanie" wspierane przez desant z Seledynowej Góry, ogarnia miłość do Varsowii.
Z pieśnią na ustach "Niech Twe mury mkną do góry, o Varsowio" speckomando obejmuje garnizon we władanie na 10 pełnych dób.
A co dalej było i jak się skończyło - o tym notatka milczy. Ale my wiemy... (KC)

WOLIN'2011
I stało się... Kierownik Stefek Chojnacki stanął na wysokości zadania (jak zwykle, zresztą) i pojechaliśmy. O godzinie 7:00 nasz kierowca Krzysztof zabrał nas autokarem spod Politechniki do Międzywodzia. Jednak nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie zahaczyli po drodze o jakieś ciekawe zakamarki. Odwiedziliśmy nietoperze w labiryntach Międzyrzeckiego Rejonu Umocnionego i wpadliśmy przejazdem do Pyrzyc (Piritium), żeby obfotografować średniowieczne mury, wieże i kościoły tego sędziwego miasta. A wieczorem już witaliśmy się z morzem. Jedni zamoczyli tylko stopy, witając się kurtuazyjnie, inni po słowiańsku wpadli morzu w objęcia po czubek nosa, a morze ciepło wszystkich przywitało. Taki leniwy był wieczór pierwszego dnia, bo od następnego dnia, od samego rana już biegaliśmy trasami las-plaża, plaża-las, góra-dół, dół-góra, Międzywodzie - Międzyzdroje, Dziwnów, Świnoujście, Kamień Pomorski. I te widoki!!! Te wysokie skarpy, urokliwe klify, pod stopami ciepły piasek i chłodna morska woda, te kilometry przemierzone na boso z nieustającym szumem morza w uszach. To miało swój urok i stworzyło niepowtarzalny klimat tej wycieczki. Po powrocie nikt nie padał "na pysk", tylko jeszcze szukał wrażeń. Bardzo gościnny personel naszego Ośrodka "stawał na głowie", żeby nam było przyjemnie. Rozpalał ogniska, pasł kiełbaskami i poił piwem, żeby się nam dobrze śpiewało, organizował tańce, hulanki i swawole, żebyśmy mogli sobie poskakać. Skąd mieliśmy tyle sił? Chyba z morskiego powietrza... no i, oczywiście, z dobrego stołówkowego jedzenia, jakie nam serwowano. A poza tym z gofrów z okładem, lodów, ciastek z kremem, kawy ze śmietanką, czekolady na gorąco i na zimno, okraszonych podpłomyków z Jomsborga, piwa, golonek, przeróżnych zup przed obiadem... Krótko mówiąc z wynalazków geniuszy świata kulinarnego. Można odnieść wrażenie, że tylko chodziliśmy i jedliśmy. Nic podobnego. Również pływaliśmy i to nie tylko pierwszego dnia. Byli wśród nas tacy, którzy systematycznie mrozili swoje ciało od rana w morskiej wodzie - podobno dla zdrowia i urody. Zwiedziliśmy też stateczkiem, nomen omen "Chateaubriand", port w Świnoujściu i brzegi Świny. Przewodnik z dużym zaangażowaniem pokazywał nam za oknem - po prawej wojskowe okręty, a po lewej kormorany, po prawej piękna wyspa, a po lewej kormorany, po prawej suchy dok, a po lewej kormorany, po prawej poniemieckie pozostałości po II Wojnie Światowej, a po lewej orzeł bielik. Kiedy zeszliśmy na ląd, Świnoujście było już nasze. Od Muzeum Rybołówstwa po deptak. Szczególnie nasze były kawiarenki. Zresztą kawiarenki wszędzie były nasze. Kiedy napadliśmy na Dziwnów, w lokalach zabrakło krzeseł. Tacy jesteśmy turyści. Osobną historią w tym hulaszczym życiu był Kamień Pomorski. Specjalnie dla nas zagrały katedralne organy. Nasze dusze chciały się wyrwać z tych grzesznych ciał. Potrzeba nienasyconych dusz była tak ogromna, że wieczorem następnego dnia odbył się kolejny koncert. Tym razem zaśpiewały Poznańskie Słowiki. Żyć, nie umierać!!! Jednak w końcu przyszedł Koniec. Tak to z nim bywa, że jest nieunikniony wszędzie, gdzie się coś zaczyna. Ostatniego wieczora zakończyliśmy w wielkim stylu - bardzo twórczo i radośnie mimo, że wcale nie było nam przez ten Koniec do śmiechu. "Precz smutki, niech zginą (...) jutro znów spotkamy się". (JL)

 Wolin'2011    Przyroda wolińska

No i spotkamy się - w Porażynie. Najmilejsi, wylosowani na Wolinie postanowili tam zorganizować spotkanie powycieczkowe. Zapowiada się ciekawie. Bawić będziemy tym razem w pałacowych komnatach. Zanim to jednak nastąpi, zrobimy wyprawę do Parku Mużakowskiego pod wodzą Aliny Borysionek.

A 18 września część naszych łazików smażyła konfitury w Mniszkach koło Kamionnej. Jurek Baer zwany Grzesiem wiódł towarzystwo od rana przez całe 6 km, żeby przedtem zdążyło zgłodnieć i nie zmarnowało konfitur. Reportaż z tego wydarzenia poniżej:

WIELKIE SMAŻENIE POWIDEŁ, CZYLI BABIE LATO W MNISZKACH
Wycieczka piesza (z dojazdem) –niedziela 18 września 2011r.
Zgodnie z komunikatem, organizator wycieczki pojawił się o godzinie jedenastej na parkingu przed kościołem w Kamionnej. Uczestnicy wycieczki pojawili się znacznie wcześniej. W oczekiwaniu na organizatora zdążyli zwiedzić kościół i zapoznać się z innymi ciekawostkami Kamionnej (np. kamień milowy z XIX-wiecznej szosy Poznań-Berlin). Ruszyliśmy więc w drogę do Mniszek (6 km) szlakiem rowerowym Powstań Narodowych (czerwony, pętla Międzychodzka). Wcześniej urodzeni, na zajęciach studium wojskowego poruszali się pieszo - po czołgowemu. Szlak jest wprawdzie rowerowy, ale dla nas był pieszy. Po paruset metrach napotkaliśmy pierwszą przeszkodę. Pięknie wyłożona kostką brukową ulica Dolna została zalana błotem z wyżej położonych pól (efekt nocnej ulewy). Przeszkodę pokonano dwoma sposobami. Pierwszy polegał na przejściu chodnikiem pokrytym błotem. Sposób szybki. Buty i spodnie co nieco nabrały błota. Sposób drugi był bardziej wyrafinowany. Trzymając się siatki ogrodzeniowej poruszano się bardzo wolno na podmurówce płotu. Wyznawcy tego sposobu zachowali czyste buty i spodnie. Zgodnie z komputerową prognozą nie padało i dziarsko poruszaliśmy się w wybranym kierunku. Szliśmy między morenowymi wzgórzami z wielogatunkowymi lasami. Przed Mniszkami droga wiodła piękną dębiną. W końcu w Mniszkach zobaczyliśmy wreszcie Kamionkę, której doliną podążaliśmy. Weszliśmy do Centrum Edukacji Regionalnej i Przyrodniczej. Centrum to założony w wyremontowanych dawnych budynkach folwarcznych ośrodek, w którym można zobaczyć warsztaty pokazowe ginących zawodów - kowalski, szewski, garncarski, wikliniarski, stanowisko pszczelarza, sprzęty dawnego gospodarstwa domowego oraz poznać cykl prac rolniczych i dawne maszyny rolnicze. Eksponaty pochodzą z darów mieszkańców okolicznych wsi. Jest to obraz wsi znany z dzieciństwa wcześniej urodzonych. W niedzielę 18 września na podwórzu ośrodka żegnano lato i smażono powidła. Według miejscowej prasy (Tydzień Międzychodzko-Sierakowski) w wielu miedzianych kotłach usmażono tonę powideł. Chochlą w kotle mieszał także nasz przedstawiciel Andrzej L. Dostał do degustacji kubeczek powideł. Powidła zawekowane można było kupić w kolonialce, która stanowi fragment ekspozycji. Nasza grupa zajęła lożę z widokiem na całość. W tak wygodnym miejscu degustowaliśmy placek wysoki i niski wypieczony przez członkinie zespołu Chojanki ze wsi Chojna w Puszczy Noteckiej. Panie z zespołu nie tylko sprzedawały placek, ale także na estradzie żegnały lato wielkopolskimi śpiewkami. Placek reklamowano jako drożdżowy. Nasze badania wykazały, że ten niski wypieczony był na proszku. Co bardziej zgłodniali wycieczkowicze pożywili się także kiełbasą i kaszanką z rożna. A na podwórzu oprócz smażenia odbywały się różne występy. Tańczono z chorągwiami i demonstrowano wyższą szkołę puszczania baniek. A w warsztacie garncarskim wykonano dla dzieci Hermesa ceramiczne skarbonki. Według miejscowej prasy entuzjastów powideł w Mniszkach było ok. 4 tysięcy. Wszystkie drogi dojazdowe były zastawione setkami samochodów. Po ok. 2 godzinach ruszyliśmy w drogę powrotną. Towarzyszyła nam niestety mżawka. Wracaliśmy do Kamionnej tym samym rowerowym szlakiem, ale drugą stroną doliny Kamionki. Trasa (ok. 5 km) wiodła wśród zaoranych wzgórz. Tuż przed Kamionną minęliśmy najwyższe wzniesienie w okolicy, czyli Kozią Górę (112 m pnm). Wydaje się, że góra, która powstała na powiatowym wysypisku śmieci koło nieczynnej stacji kolejowej Prusim, jest już wyższa.
Przy samochodach na parkingu przy kościele w Kamionnej wycieczkę rozwiązano. W wycieczce uczestniczyło 13 osób, w tym troje dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym. Dzieci bez problemu pokonały pieszo 11 kilometrów trasy. (JB)
 Zdjęcia z Mniszek

PARK MUŻAKOWSKI
 Fotoreportaż

SPOTKANIE POWYCIECZKOWE - PORAŻYN
Niespełna tydzień później, w sobotę 15 października, autokar zabrał nas sprzed Politechniki w kierunku Opalenicy. Tam nasz kierowca, pan Robert na rozkaz kierownika Michała wyrzucił nas na placu i zwiedzanie miasta rozpoczęliśmy od sesji zdjęciowej przy zrekonstruowanym motocyklu marki LECH, produkcji polskiej. Nacieszywszy się tą zabawą, poszliśmy grzecznie całą grupą i parami (chodnik był wąski) za kierownikiem zwiedzić jeszcze kościół św. Mateusza z XVI wieku i poewangelicki XIX-wieczny kościół św. Józefa w Opalenicy, a potem już krętą ścieżką pośród pól pobiegliśmy szukać autokaru w Sielinku. W Sielinku był autokar i był Ośrodek Doradztwa Rolniczego z Muzeum Gospodarki Mięsnej, którego nie ominęliśmy. Muzeum pobudziło nasze apetyty (z małymi wyjątkami). Zjedliśmy, więc, pod sklepem zapasy, dzieląc się nimi po chrześcijańsku i ruszyliśmy ostatecznie już zdobyć pałac w Porażynie, gdzie spodziewaliśmy się obiadu. Trzeba przyznać, że wytrząsnęliśmy z siebie wszystko przez te 10 km trasy, mimo przerwy technicznej pod przydrożną kapliczką. Głód dawał się nam już we znaki, kiedy przemierzaliśmy ostatnie metry przez park pod pałacem. Obiad podano w przytulnej oficynie, bo zapowiadane komnaty były już zajęte. Mimo to, jednak, bawiliśmy się przednio. Najmilejsi w składzie (w porządku alfabetycznym): Halinka Marciniak, Michał Skalski i Marylka Teisner przygotowali dla nas loterię fantową, quiz na temat wycieczki na Wolin i krótki konkurs umiejętności aktorskiej interpretacji tekstu. Najmilej Nam Panującym Prezes wręczył Symboliczny Wałek, żeby zalegalizować ich działalność i ugruntować władzę nad organizowaniem spotkania. Po tej ceremonii Najmilejsi mogli już bez przeszkód i obaw o utratę władzy poprowadzić naród do autokaru i odwieźć do Poznania. (JL)
 Zdjęcia ze spotkania

Trasy zaproponowane przez Krysię Balińską i Irenkę Przybylską:
23 października OKOLICE GOŁUCHOWA
Trasa "Okolice Gołuchowa" (łącznie 12 km) była bardzo ciekawa. Widzieliśmy zaporę na rzece Ciemna i sztuczne jezioro, największy w Wielkopolsce głaz narzutowy (obwód 22 m), zwiedziliśmy zamek w Gołuchowie, piękny park i nawet zagrodę danieli, żubrów (cztery młode) i tarpanów. (KB)
6 listopada OKOLICE WĄGROWCA
Do tej trasy zachęcił nas poniższy mail:
'(...) Grupa się uaktywnia coraz bardziej. Otrzymaliśmy następną propozycję: "Zapraszamy na kolejną trasę pieszą "Okolice Wągrowca", tym razem w niedzielę 6 listopada 2011.
Dojazd samochodami. Zbiórka o godz. 8:30 na Rondzie Rataje (stacja benzynowa BP).
Irenka Przybylska i Krysia Balińska" (...)'

SZLAKIEM ŚW. JAKUBA
Na pomysł zorganizowania prezentacji wpadła Alinka Borysionek po rozmowie ze swoimi znajomymi Jolą i Zbyszkiem Janczakami. 04 listopada w Klubie Profesorskim, użyczonym nam po raz kolejny przez Wydział Elektryczny, Jola i Zbyszek przedstawili swoją wyprawę przez Francję i Hiszpanię tzw. szlakiem św. Jakuba, czyli szlakiem pielgrzymkowym do katedry w Santiago de Compostella. Obejrzeliśmy mnóstwo zdjęć, na podstawie których goście opowiedzieli nam o wyprawie. Założeniem tych pielgrzymek jest samotne podróżowanie pieszo lub konno (dopuszczone są też rowery). Nie wchodzą w grę żadne inne środki transportu, dlatego też taka pielgrzymka trwa całymi tygodniami i ważne jest wcześniejsze zarezerwowanie tego czasu. Nie planuje się też miejsc noclegowych - nocuje się tam, gdzie uda się dojść, a wzdłuż szlaku takie miejsca dla pielgrzymów są zapewnione. Mogliśmy na własne oczy zobaczyć, że taki sposób podróżowania pozwala na bliski kontakt z miejscem, ludźmi i kulturą. Dopiero po powrocie z takiej wyprawy można powiedzieć, że się coś widziało i doświadczyło. Państwo Janczakowie nie poprzestali na przejściu francusko-hiszpańskiego odcinka szlaku. Są również inicjatorami wytyczenia w Wielkopolsce tzw. szlaku nadwarciańskiego. Szlak św. Jakuba jest siecią szlaków mających początek w bardzo wielu miejscowościach w Europie (według tradycji rozpoczynał się od progu domu) i jest odtworzony ze średniowiecznego szlaku pątniczego, a jego cechą charakterystyczną jest symbol muszli i żółta strzałka.
Na koniec jeszcze mogliśmy poczuć się jak jakubowi pątnicy i przy akompaniamencie gitary pośpiewać pieśni pielgrzymów i to nie tylko po polsku, ale i po hiszpańsku. (JL)

RAJD 11-LISTOPADOWY - GOŁUCHÓW
Na kolejny autokarowy Rajd Niepodległościowy wyruszyliśmy w sobotę 12 listopada. Pod swoje skrzydła wziął nas Marek Sowiński - kopalnia wiedzy historycznej, który ma już zorganizowanie kilku takich rajdów na swoim koncie. Celem tych wyjazdów są miejsca martyrologii związane z walką Polaków o niepodległość, przede wszystkim w Wielkopolsce. Rozpoczęliśmy od lasów w okolicach Gołuchowa, w których znajduje się miejsce pochówku tysięcy ofiar hitlerowskiej eksterminacji na tych terenach. Na niewielkim obszarze ogrodzonym barierką zniszczoną przez wrześniową trąbę powietrzną pochowani zostali Polacy i Żydzi. Stamtąd przeszliśmy do leżącego niedaleko granitowego głazu 3,5 metrowej wysokości (nie licząc 2 metrów wgłąb) zwanego Kamieniem św. Jadwigi, będącego atrakcją turystyczną tego rejonu. Następnym punktem w naszym planie było Szczypiorno - dzielnica Kalisza, gdzie niegdyś istniał obóz jeniecki. Zostali w nim osadzeni legioniści z I i II Brygady, którzy odmówili złożenia przysięgi na wierność cesarzowi niemieckiemu. Niezłomna postawa uwięzionych Polaków była przyczyną przełomu w walce o niepodległość. Pamiątką tych wydarzeń był pomnik, po którym pozostał tylko cokół. W samym Kaliszu, natomiast, na cmentarzu miejskim przy Rogatce uczciliśmy pamięć siedmiu legionistów, którzy zmarli z powodu nieludzkich warunków panujących w obozie w Szczypiornie. Zanim, jednak, tam dotarliśmy odwiedziliśmy cmentarz, na którym pochowano zmarłych żołnierzy z Armii Ukraińskiej, internowanych w Polsce i rozmieszczonych w obozach. Na tym zakończyliśmy część patriotyczną naszego Rajdu. Zbliżała się czternasta, a więc należało ruszyć w kierunku Gołuchowa, gdzie planowaliśmy zwiedzanie zamku Leszczyńskich i gdzie czekano na nas z obiadem. Kto jeszcze tego zamku nie widział, powinien uzupełnić ten brak znajomości polskiej architektury i sztuki. Zebrane tam dzieła pochodzą z kolekcji Izabelli z Czartoryskich Działyńskiej. Sam zamek, będący budowlą obronną, otoczony pięknym parkiem prezentuje się wyjątkowo okazale i jest znakomicie wkomponowany w naturalne ukształtowanie terenu. Wykwintny obiad podano nam w Domu Pracy Twórczej należącym do zespołu pałacowo-parkowego i będącym niegdyś domem zarządcy folwarku. Tam też po obiedzie, śpiewając patriotyczne pieśni, zjedliśmy smaczne tradycyjne rogale marcińskie. (JL)
 Wspomnienia z Rajdu

WYPRAWA NA JASKINIĘ ZAPOMNIANYCH SNÓW
28 listopada Zarząd Koła dostał maila o takiej treści:
"Cześć Iwonka!
Zdaje się, że Luba (prawie kinomanka) organizuje, w ramach nieformalnego kinowego Klubu Seniora PP, w najbliższy wtorek (29.11) wyjście na znakomity film pt. "Jaskinia Zapomnianych Snów". Film prezentuje obrazy namalowane przed ok 30 tys. lat w niedawno odkrytej jaskini we Francji. Turystów tam w ogóle nie wpuszczają - jedyna okazja w kinie Rialto o godz 15.30. O czym zawiadamia Jerzy K. Kilanowski (prawie kinofob). Film jest w 3D. Ponieważ może być duża frekwencja, Luba stanie do kolejki po bilety ok. godz. 15.OO. Można się obawiać, że tuż przed początkiem seansu może nie być już biletów - tak dobry jest ten film. Iwonka, jeżeli uznasz za stosowne, wyślij to wszystkim TURYSTOM.
Pozdrawiam. JKK"
Po przeczytaniu tego maila zebrała się grupa zadeklarowanych kinomanów i poszła, co dało początek nowej formie turystyki uprawianej przez nasze Koło, tzn. TURYSTYCE KINOWEJ. (JL)

Rok 2012
W tym roku po raz pierwszy spotkaliśmy się w piątek 27 stycznia, żeby w kameralnej atmosferze (było około 40 osób - w porywach nawet więcej) wspomnieć, co robiliśmy w zeszłym roku i zaplanować, co będziemy robili w tym. Do organizowania wycieczek zgłosiła się Alinka Borysionek ze swoim projektem wyjazdu na Łuk Mużakowa i sprawdzony już tandem kierowniczy Krysia Ciesielska i Joasia Powidzka z pomysłem "wypadu" na Roztocze, a ze strony Grzesia Baera padła propozycja wskrzeszenia Rajdów Rodzinnych. Poza tym każdy miał coś do powiedzenia, gwarno było i radośnie. Zaś w drugiej części spotkania towarzystwo nieco ucichło, bo pojawili się Goście Specjalni Maria i Krzysztof Paszkowscy zaproszeni przez Ewę i Stefka Krajewskich, żeby zaprezentować nam ISLANDIĘ - KRAINĘ OGNIA I LODU. Trzeba powiedzieć, że prezentacja wypadła znakomicie - na przemian robiło się wszystkim gorąco i zimno, a zdjęcia były tak fascynujace, że znalazło się nawet kilku śmiałków, którzy zapragnęli zobaczyć te cuda "na żywo". (JL)

N-TY Z KOLEI RAJD ŚNIEŻYCOWY
Zanim wyruszyliśmy na tą niebezpieczną i pełną przygód wyprawę, śledziliśmy komunikaty Nadleśnictwa Łopuchówko. W końcu nadszedł moment, kiedy kwitnienie śnieżycy osiągnęło odpowiedni do oglądania procent. Niezastąpiona w słaniu wici Iwonka Pujanek zwołała brać i w niedzielę 25 kwietnia ruszyliśmy kupą do Jaru Śnieżycowego. Tego dnia rojnie było na trasie, bo i pogoda sprzyjała. Na wąskim drewnianym chodniku w rezerwacie trudno było się utrzymać, żeby nie spaść (nie zejść) z niego. Jednak cośmy zobaczyli, tośmy zobaczyli i można powiedzieć teraz z całą pewnością, że wiosna przyszła i SEZON TURYSTYCZNY ZOSTAŁ OTWARTY. (JL)

PRZEZ LAOS I KAMBODŻĘ
18 kwietnia o godzinie 18:00 w "starym" Klubie Profesorskim para globtroterów-pasjonatów, Romek Chabowski i Alina Wrocławska, opowiadali nam i pokazywali Laos i Kambodżę. Prelegenci mówili tak ciekawie i prezentowali tak interesujące zdjęcia, że nikt nawet nie zauważył, jak minęły prawie trzy godziny. A poza tym, jak zwykle, miło było się spotkać i pogadać tym bardziej, że zaparzyliśmy sobie kawę i upiekliśmy ciasto. (JL)

ABSOLWENT O ZBYSZKU
W 66. (grudzień'2011), 67. (marzec'2012) i 68. (czerwiec'2012') numerze Kwartalnika Stowarzyszenia Absolwentów Politechniki Poznańskiej "Absolwent" znalazł się artykuł o naszym wszędobylskim Zbyszku Tomaszewskim. Artykuł nosi tytuł "Podróż dookoła świata" i jest obszerną trzyczęściową relacją z ubiegłorocznej prelekcji Zbyszka na temat jego wyprawy "W 90 dni dookoła świata".(JL)
 Absolwent nr 66   Absolwent nr 67   Absolwent nr 68  

TOSKANIA, CZYLI ITALIA DLA KONESERÓW
Od 27 kwietnia do 05 maja grupa PTTK PP smakowała Toskanię. Organizatorka, Alina Borysionek, widząc nienasycenie turystów po pierwszym zeszłorocznym rekonesansie, postanowiła przygotować Toskanię po raz drugi. O tym możemy przeczytać w artykule Aliny Baerowej o bardzo długim, jednak wiele mówiącym tytule "Bardzo subiektywne wspomnienia z wycieczki Koła nr 8 PTTK przy Politechnice Poznańskiej do Toskanii w dniach 27.04-05.05.2012 r.".
 Galeryjka

ŁUK MUŻAKOWA
Wkrótce i ta wycieczka zostanie opisana i zilustrowana.

PRZEZ LUBLIN NA ROZTOCZE
W piątek 24 sierpnia z samego rana Grupa Turystyczna "Roztoczaki" wyjechała autokarem spod Politechniki na Piotrowie w sile 44 osób z jednym kierowcą bez zbędnego hałasu, ale za to z niezbędnym bagażem i wiktem na dwa dni w kierunku Lublina, zwiedzając po drodze poniemiecki Bunkier w Konewce (w pobliżu Spały) i Dworek Kochanowskiego Jana w Czarnolesie. Silną tę Grupę w tym roku wzięły pod swoje dowództwo dwie niezłomne i sprawdzone w boju kobiety Joanna Powidzka i Krystyna Ciesielska, zwane już od jakiegoś czasu "tandemem kierowniczym". Rozlokowawszy się po obiadokolacji w DS-ie Lubelskiego Uniwersytetu Przyrodniczego Grupa ruszyła na zwiady i po dokładnym rozpoznaniu terenu uznając, że nadaje się do zwiedzania, wróciła na nocleg. Następnego dnia oswojone już i bardziej przyjazne miasto zostało zwiedzone pod czujnym, matczynym okiem kierowniczki Krystyny i pod przewodem pani Ewy - przewodniczki z Lublina, która swego czasu oprowadzała nas już z sukcesem po Kazimierzu Dolnym. Pracowity ten dzień uwieńczony został Mszą św. w Kościele Garnizonowym i uroczystą obiadokolacją z deserem podaną w Restauracji Słupskiej, dawniej zwanej Karczmą Słupską. Niewybiegani i z nadmiarem energii turyści, przygotowani na dwudziestoparokilometrowe szlaki pozostali na "dancingu", który przerodził się w huczną wielokulturową imprezę, gdzie w pokojowej atmosferze bawiło się razem towarzystwo z kilku miast Polski. Niedzielny poranek, zamknąwszy stary rozdział wycieczki - "PRZEZ LUBLIN" i jednocześnie otworzywszy nowy - "NA ROZTOCZE", zastał nas już pakujących bagaże. Żegnając z okien autokaru (wyjątkiem była nasza osobista wizyta w Domu Mędrców, czyli szkole cadyków) gościnne miasto Lublin, udaliśmy się, zwiedziwszy przy okazji skansen - Muzeum Ziemi Lubelskiej, do Zwierzyńca i dalej do Krasnobrodu, gdzie w Zajeździe słodko "Pszczelińcem" zwanym rój nasz spożył wieczorny posiłek. Dalej już tylko były kilometry różnokolorowych szlaków (przeważnie niebieskich), które kokieteryjnie pojawiały się to znów znikały, żeby znowu się gdzieś pojawić. O dzięki Wam, nasze przewidujące Kierowniczki, za to, że nakazałyście nam zabrać ze sobą mapy i kompasy! Ci, którzy się na tych wynalazkach znali nie zginęli w labiryntach ścieżek i leśnych traktów i nie musieli osiąść z rozpaczy w mołotowskich bunkrach, jak inni, których ślady spotykaliśmy na żółtym szlaku. Piękne jest Roztocze z lekka tylko pofałdowane, we wzorek wąskich, zbożowo-fasolowo-tytoniowych poletek, piękne są bukowe lasy z mchem miękkim, jak materac najnowszej generacji. Jak gościnne są drogi wysadzone jabłoniami, z których wędrowiec może zerwać krzepiący owoc. Nawet pogoda była dla nas życzliwa - słonecznie było i gorąco za dnia i wieczorem przy ognisku. Podsumowując wycieczkę wieczornym spotkaniem jeszcze w Krasnobrodzie wybraliśmy w demokratycznych (tym razem i bez żadnych krętactw) wyborach Najmilejszych, których misją miało stać się od tego dnia zorganizowanie Spotkania Powycieczkowego. Potem nastąpił trzeci rozdział wycieczki, nieobecny w jej nazwie, "PRZEZ NAŁĘCZÓW DO POZNANIA". Piękne to uzdrowisko ugościło nas w murach Archidiecezjalnego Domu Rekolekcyjnego, odkrywając wieczorem swoje zabytki i kawiarenki. Snucie się mamy we krwi, a więc snuliśmy się z lubością po Nałęczowie do późna. Rano znowu spakowaliśmy swoje podróżne torby i plecaki do autokaru i daliśmy się zawieźć bez stawiania oporu do Poznania, zaglądając jeszcze do Muzeum Reymonta i spożywając ostatni obiad w Lipcach Reymontowskich, czy też odwiedzając arboretum (lwia część urwała się na gminne dożynki) w Rogowie. A następnego dnia ... Ale to już inna bajka. (JL)
 Zdjęcia z wycieczki
Na odzew Najmilejszych nie trzeba było długo czekać. Już są plany spotkania powycieczkowego w ogrodzie zimowym Hotelu "Belfer" (nazwa w sam raz dla pracowników dydaktycznych Politechniki Poznańskiej) w Zwoli koło Zaniemyśla nad Jeziorem Raczyńskim.

ZANIEMYŚL - spotkanie powycieczkowe
Autorzy:
Grzegorz Gawlak - kierownik i Jego zastępcy do różnych spraw: Jadwiga Jendraszyk, Agnieszka Grzelczak i Grzegorz Ossowski oraz
asystentki kierowników:
Lucyna Bartosiewicz i Krystyna Gawlak
Sobotni poranek 6 października - pod Politechniką znowu rojnie i gwarno. Pakujemy się do autokaru, żeby wyruszyć w kierunku Zaniemyśla. Do autokarowego bagażnika wędrują paczki o bliżej nieokreślonej zawartości. Organizatorzy z tajemniczym uśmieszkiem chowają pod pazuchą dziwne kije, koła i berety. Podobno jest też i podkowa. Coś kombinują. Mimo to, jeszcze im ufamy i grzecznie siadamy na swoich miejscach. Najmilejsi rozpoczęli powoli i delikatnie realizowanie swojego planu: Zaniemyśl - kościół pw. św. Wawrzyńca, opowieści przewodnika o kościele, Zaniemyślu i hrabim Edwardzie Raczyńskim, krótki spacer nad Jeziorem Raczyńskim, a następnie przejazd autokarem na parking leśny. Z parkingu dwu i półgodzinny spacer po lesie i nad jeziorem. Świeże powietrze, grzyby, łabędzie i różne leśne żyjątka. Apetyty dopisywały. Zjedliśmy, popiliśmy i chcieliśmy już wracać do autokaru. Nie było to jednak takie proste. Najmilejsi na koniec postanowili nas jeszcze przećwiczyć. Prawdopodobnie był to kolejny sposób na pobudzenie zaspokojonego już w drodze apetytu. O nierozważni! Resztę swojego wiktu oddaliśmy łabędziom, bo nie przeczuwaliśmy, co nas czeka. Widać, że nie brakowało kierownictwu szatańskich pomysłów. Ćwiczono nas na kilka sposobów: kiczka po poznańsku, rzut beretem na dużą odległość, kręcenie biodrem z hula-hopem i rzucanie podkową do celu. Głodni, zmęczeni i powłóczący nogami dotarliśmy do autokaru, który zawiózł nas do hotelu "Belfer" w Zwoli na obiad. Po przyjeździe nie wpuszczono nas tak od razu. Musieliśmy skruszeć. Niejednemu przyszło do głowy, że zanim wejdziemy, rzucą nam wory pokutne. Kiedy jednak uchyliły się podwoje, powitano nas, co prawda nie chlebem i solą, ale proroczymi jabłkami i lipieckimi serwetkami (patrz: Zdjęcia z wycieczki). Przywitała nas też sama pani Kierownik Hotelu krótkim wykładem o dawnej i bliższej historii "Belfra". A żeby tylko. Po królewskim obiedzie z paczek, których nieodgadniona zawartość frapowała nas od początku, wyciągnięto ciasto, a organizatorzy poszli na całość. Spokojny dotąd zaniemyski las, otaczający lokal doznał szoku. Po przejęciu Wałka Władzy od poprzednich Najmilejszych wyświetlono premierę filmu Marka Molendy z wyprawy na Roztocze, Grześ Gawlak zaśpiewał i zagrał na ukulele w towarzystwie Jadźki, rozdano cenne nagrody - prorocze jabłka dla najlepszych sportowców za podbijanie, rzucanie i kręcenie przed obiadem. Owacjom dla Najmilejszych nie było końca. W porywie uczuć postanowiono postawić im pomnik, by stali się natchnieniem i przykładem działania zespołowego dla następnych pokoleń Najmilejszych. Mimo wszystko wróciliśmy tego dnia i tym razem do domów. Kto wie jednak za którym razem nie wrócimy. Nasze spotkania są coraz bardziej fascynujące. (JL)
 Zdjęcia z wycieczki

ŻERKOWSKO-CZESZEWSKI PARK KRAJOBRAZOWY
Ta wycieczka była bardzo kameralna, jeśli policzyć na niej członków Koła nr 8 Pracowników Politechniki Poznańskiej. Zorganizowała ją i uczestniczyła w niej Alinka Borysionek, która pod swoją pieczą miała jednego uczestnika z rzeczonego Koła, reszta zaś pochodziła z Klubu "Grań". Mimo tego, że pochodziliśmy z różnych gniazd, rozumieliśmy się doskonale i na koniec okazało się, że kolejna wycieczka przeszła do historii jako bardzo udana. A kto jest ciekaw, co się na niej wydarzyło, niech zajrzy do
  Galerii. (JL)

RAJD NIEPODLEGŁOŚCIOWY LUBASZ-GORAJ
Ledwo minął miesiąc, a już znowu się spotkaliśmy. Tegoroczny Rajd 11-listopadowy zorganizowali Ela i Wojtek Ratajczakowie i trzeba powiedzieć, że była to kolejna wycieczka na wysokim poziomie. Żeby zacząć realizować program, najpierw musieliśmy zabrać ze sobą organizatorów. Znaleźliśmy ich na stacji benzynowej w Szamotułach. Zwykle tak bywa przy powitaniach, że honorowych gości wita się kwiatami. Tym razem to oni przynieśli ze sobą dwie wiązanki i to nie byle jakie - wiązanki odświętne z biało-czerwoną wstęgą. Złożyliśmy je na cmentarzu przy sanktuarium pw. Narodzenia NMP Królowej Rodzin w Lubaszu na mogile powstańców wielkopolskich oraz przy grobowcu Włodzimierza Raczyńskiego pierwszego polskiego starosty czarnkowskiego i Zdzisława Orłowskiego dowódcy IV Okręgu Wojskowego frontu północnego Powstania Wielkopolskiego. Zapaliliśmy znicze, zaśpiewaliśmy "Rotę" i weszliśmy do kościoła, gdzie czekał na nas proboszcz. Ksiądz opowiedział nam o historii kościoła i specjalnie dla nas odsłonił obraz Matki Bożej z Dzieciątkiem koronowany papieskimi koronami. Stamtąd wyruszyliśmy na trasę pieszą do Goraja. Po drodze kilka razy szlak znienacka próbował nas zgubić, ale nie wiedział biedak, że jesteśmy doświadczeni w temacie gubienia się na szlaku i mimo wszystko, jednak wracaliśmy na właściwą drogę. Teraz, kiedy na to patrzę z perspektywy czasu, widzę wyraźnie, że chodziło mu o to, byśmy nie zobaczyli wiatraka. Właściwie nie wiem czemu. Wiatrak, jak wiatrak, nie miał nic do ukrycia, za to był malowniczy i z jego ganku rozciągał się piękny widok na okolicę i krowy, pasące się u jego stóp. Kilaś, pewny swych umiejętności, próbował z nimi rozmawiać, ale one nie znały tego dialektu i milcząco przeżuwały ostatnie, jesienne źdźbła zielonej trawy. Po jakimś czasie ścieżka z pól zeszła w lasy wiodąc przez rwący strumień, którego po ostatnich deszczach nie dało się przejść suchą nogą i obok wzgórza, zza którego wychylały się wieże kościoła w Lubaszu. Malowniczy był ten leśny trakt, a szczególnie jego końcowy odcinek wijący się usłanymi jesiennymi liśćmi prawie górskimi serpentynami, jakby żywcem przeniesionymi ze Szwajcarii. Kiedy zbliżaliśmy się już do końca trasy, usłyszeliśmy z daleka dochodzący głos rogu. "Czy to Wojski gra jeszcze?". Nie! To pan nadleśniczy grał sygnał "Ku mnie", zwołując naszą rozproszoną brać. Trasa i głos rogu zawiodły nas do grobu hrabiego von Hochberga na wzgórzu. Pan nadleśniczy opowiedział nam o historii tego miejsca i jego właściciela, po czym zostaliśmy zaproszeni na zamkowe komnaty, gdzie przyjęto nas nader życzliwie. W zamku wybudowanym na początku XX wieku przez hrabiego Wilhelma Bolka Emanuela von Hochberg mieści się dzisiaj Zespół Szkół Leśnych im. inż. Jana Kloski. Po krótkim odpoczynku przy herbacie w szkolnej stołówce poproszono nas na piętro, gdzie czekała na nas niespodzianka - koncert na rogach w wykonaniu sygnalistów z Zespołu Trębaczy Myśliwskich. Po takiej wykwintnej i niecodziennej, a nawet nie od zwykłego święta duchowej strawie zostaliśmy oprowadzeni po komnatach i masztalerni, w której dziś są sale lekcyjne. Na koniec spotkaliśmy się "oko w oko" z prawdziwym i żywym, nie upieczonym i nie ugotowanym dzikiem w zagrodzie. Dzik był dziki i zły, mimo to Kilaś próbował zaskarbić sobie jego sympatię drapiąc dzika po grzbiecie kijem do nordic-walkingu. Dzik padł, ale tylko na chwilę. Sytuacja została opanowana, bo koszt takiego dzika przerósłby skromne możliwości naszego Koła, a obiad i tak mieliśmy już zamówiony w Lubaszu. Napatrzywszy się więc na dziki, pobiegliśmy truchtem do autokaru, bo czas był najwyższy, potrawy stygły, a nasze kiszki zaczęły grać pierwsze takty marsza. O tym, co działo się w Zajeździe Dworek w Lubaszu nie będę się rozpisywać. A działo się, działo. Objedliśmy się obiadem, wepchnęliśmy w siebie na koniec marcińskiego rogala i jeszcze pośpiewaliśmy na patriotyczną nutę, bo starczyło nam sił i na to. Przyszedł jednak czas na zmianę lokalu, a więc przenieśliśmy imprezę do autokaru i pojechaliśmy do Poznania. (JL)
  Galeria zdjęć uczestników Rajdu

Rok 2013
I znowu przyszedł czas na inaugurację. Inaugurację podwójną. Rozpoczęty został nowy rok turystyczny i nowa kadencja starego Zarządu po renowacji. Z Zarządu wycofał się Grześ Baer, natomiast weszły do niego dwie kobiety, którym to wejściem umocniły władzę płci, a prowadzący podczas bezkrólewia zebranie Włodek Parnasow skwitował ten fakt stwierdzeniem, że będzie można cały Zarząd umieszczać na wycieczkach w jednym pokoju. Ot, pragmatyk. Nowy Zarząd od razu, żeby nie tracić czasu wziął się do roboty. Natychmiast zaplanowano sierpniowo-wrześniową (bardziej jednak wrześniową niż sierpniową) wycieczkę w Góry Kaczawskie i Rudawy Janowickie, którą podjęli się zorganizować: członek Zarządu Alinka Borysionek i przewodniczący walnego zebrania Włodek Parnasow. Nowy Zarząd na zachętę zebrał oklaski, wysączono ostatnie krople napojów, zebrano okruszki z ciast, którymi to (ciastami) rozkoszowaliśmy się podczas zebrania i po pożegnaniu nie mniej wylewnym, jak powitanie rozeszliśmy się do swych domów w nadziei na rychłe ponowne spotkanie na szlaku. (JL)

NOWY SEZON - KOLEJNY RAJD ŚNIEŻYCOWY
W tym roku zima długo nie odpuszczała, jednak w końcu dała sobie spokój i przyszła wreszcie długo oczekiwana WIOSNA, a z nią panowanie śnieżycy w Jarze Śnieżycowym. Iwonka swoim sposobem "dała cynk" i 21 kwietnia honorowa reprezentacja Koła wyruszyła stwierdzić naocznie ROZPOCZĘCIE SEZONU TURYSTYCZNEGO. Tym razem Zarząd ze względów osobistych i zdrowotnych nie brał czynnego udziału w wyprawie, tylko biernie i przez łącze komórkowe przyglądał się imprezie. Z powodu odległości na łączach powstały zakłócenia i informacje od uczestników ulegały zniekształceniom i błędnym interpretacjom, w wyniku których Prezes Koła była bliska załamania nerwowego i dręczyły ją wyrzuty sumienia dowiedziawszy się, że dwuosobowa ekipa (tzw. team) w osobach Eli i Alinki po pokonaniu olbrzymich trudności, cudem zachowując się przy życiu, dotarła wreszcie do celu wyprawy. Nie wiedziała nawet roztrzęsiona Pani Prezes, czy podróżnicy w ogóle wrócili i w jakim stanie zdrowotnym. Po dwóch dniach, jednak dotarły wreszcie wieści od ocaleńców. Okazało się, że team był liczny, że zbierał się po drodze, że uzbierało się około 10 osób i że kłopoty były, ale tylko z dojazdem, a ta druga to była Halinka, a nie Alinka, i że reszta się zgadzała - wyprawa była rzeczywiście do Jaru Śnieżycowego. Ach, ten postęp! Ile przez niego straconych nerwów. (JL)

A w piękny majowy weekend, który rozpoczyna się już w najbliższą niedzielę 28 kwietnia grupa (która nigdy w biegu nie ustaje) wyrusza zwiedzać ZAMKI NAD LOARĄ.
Francjo! Gotuj się! Będziesz zdobyta!

PLANY ZREALIZOWANE I PLANY W REALIZACJI
Alinka Borysionek napisała maila takiej treści:
"Witam wszystkich wycieczkowiczów naszego 'kołowego' wyjazdu!
Otrzymałam od dwóch kolegów plik pokazujący piękną jeleniogórską 'Dolinę pałaców i ogrodów' (w załączeniu), więc dzielę się tym z Wami. Równocześnie uspokajam tych, którzy wybierają się nad dolinę Loary. U nas nie będzie coś zamiast czegoś. 28 kwietnia pojedziemy zobaczyć pałace nad Loarą, a 30 sierpnia pałace nad Bobrem.
A tacy jesteśmy!!!!
Pozdrawiam
Alina"
Skutkiem czego Francja się poddała, a my gotujemy się do kolejnej wyprawy. Zdobyliśmy zamki nad Loarą, to tym bardziej zdobędziemy też pałace nad Bobrem. Z nadsyłanych przez Alinkę Borysionek i Włodka Parnasowa maili wynika, że zabawa będzie przednia. (JL)

ZAMKI NAD LOARĄ
  Galeria zdjęć

BRODZĄC W BOBRZE Z WIDOKIEM NA ŚNIEŻKĘ, CZYLI GÓRY KACZAWSKIE I RUDAWY JANOWICKIE
Tradycyjnie w piątek rozpoczęła się kolejna wycieczka przełomu miesięcy. Tym razem ruszyliśmy, by zdeptać Góry Kaczawskie i Rudawy Janowickie. Dokładnie 30 sierpnia według założonego planu wsiedliśmy przy Politechnice na Piotrowie do autokaru i po kilku godzinach wysiedliśmy w Lubiążu. Tak zaczęła się nasza 65. wycieczka pod wodzą hrabiny Aliny von Bobren (od pałaców) i Wielkiego Navigatora Włodzimierza (od tras górskich). Powiem tylko, że powiało postępem, co zwiastuje nowe w organizacji naszych wycieczek. Grupa jest jednak elastyczna i bez zbędnych napięć, a nawet z zadowoleniem przyjęła zmiany organizacyjne. Organizatorzy zaś bez żadnych ceregieli wprowadzali swoje zmiany w życie. Żeby nie być gołosłowną udokumentowałam to
  Fotoreportażem. (JL)

ZDZIUCHU
Nie wszystkim z nas udało się doczekać kolejnego naszego spotkania na szlaku. 21 września towarzyszyliśmy jednemu z naszych przyjaciół w Jego ostatniej drodze. Najbliższy i długoletni przyjaciel Zdzicha Andrzej Lik podarował nam WSPOMNIENIE o Zdzisławie Mani, a w GALERII można obejrzeć zdjęcia Adama Dopierały, których Zdzichu jest głównym bohaterem.

BIAŁOKOSZ - SPOTKANIE POWYCIECZKOWE
W miesiąc po tym, jak brodziliśmy w Bobrze, Najmilejsi wybrani na wycieczce, czyli spółka Grobelscy & Szymkowiak zorganizowali nam spotkanie powycieczkowe. Start wyznaczono w Luboszu, skąd Doliną Górskiego Potoku przejść kazano 12-kilometrową trasę do pałacu w Białokoszy, gdzie znów mieliśmy gościć na salonach. Trasa wiodła przez Sierakowski Park krajobrazowy Puszczy Noteckiej Krainą Stu Jezior wokół Jeziora Białokoskiego. Dwór w Białokoszy należał niegdyś do pruskiego podpułkownika Christiana von Massenbacha, który zyskał miano niepokornego ze względu na krytykę posunięć wojskowych pruskiej armii. Ponad pół wieku po jego śmierci dobra sprzedano Karolowi von Rosse, który przeprowadził remont i do pierwotnie parterowego budynku dobudował piętro. Dziś mieści się tu hotel "Zameczek". (JL)
  Opowieść z dreszczykiem

RAJD NIEPODLEGŁOŚCIOWY - CZARNKÓW-SARBIA-KRUSZEWO-JABŁONOWO-WALKOWICE-DRZĄZGOWO
Nagabywany i molestowany całymi tygodniami przez nienasyconych turystów Wojtek Ratajczak - autor zeszłorocznego Rajdu Niepodległościowego, uległszy namowom przygotował w porozumieniu z panem Maciejem Strawą - nadleśniczym z Sarbii program kolejnego Rajdu Niepodległościowego. Wycieczka zaczęła się tak, jak w zeszłym roku - przechwyceniem organizatora na stacji benzynowej w Szamotułach. Tym razem przywódca był sam, bo żonę złożoną niemocą zostawił w domowych pieleszach. Kierowca naszego autokaru (też Wojtek) zawiózł nas do Czarnkowa, gdzie oprowadzani przez panią przewodniczkę zwiedziliśmy późnogotycki, pokolegiacki kościół św. Marii Magdaleny wybudowany w latach 1570-1580, uroczy ryneczek z pięknie odnowionymi kamieniczkami i ulicę Zamkową, przy której jeszcze w XVII wieku stał zamek rodziny Czarnkowskich zbudowany w XIII wieku w miejscu średniowiecznego grodu obronnego. Sam zamek został zniszczony, a pozostałe zabudowania zamkowe przebudowano na browar, w którym dziś produkowane jest słynne ciemne piwo Noteckie. Nasyciwszy się Czarnkowem zeszliśmy ulicą Zamkową do autokaru i podjechaliśmy parę kilometrów do kolejnego punktu naszego Rajdu - Nadleśnictwa Sarbia, gdzie w salce konferencyjnej zastępca nadleśniczego pan Damian Szcześniak przedstawił nam prezentację o gospodarce leśnej na terenie Nadleśnictwa i gdzie zjedliśmy rogale marcińskie popijając kawą i herbatą. Nabrawszy sił i pozbywszy się obaw, że będziemy głodni wyruszyliśmy (jeszcze autokarem) w stronę Kruszewa. W tej położonej z dala od miejskiego zgiełku wśród pól i lasów wsi czekał na nas w kościele pw. św. Wojciecha proboszcz, który opowiedział o historii parafii i pracującym tu w latach 1937-1962 księdzu Bolesławie Mielcarskim - więźniu obozu w Dachau. W parafii Kruszewo pracował również w latach 1962-1987 inny znamy nam dobrze ksiądz Edmund Klemczak, u którego mieliśmy ogromną przyjemność gościć w 2008 roku na Rajdzie we wsi Biała (patrz: Rok 2008. Rajd 11-listopadowy). Dobrzy ludzie o przyjaciołach nie zapominają, dlatego też odwiedziliśmy jego grób na cmentarzu w Kruszewie, zapalając na nim znicz. Tam rozstaliśmy się z księdzem proboszczem i pojechaliśmy przerobić kolejne punkty Wojtkowego programu - szkółkę leśną, w której pan Damian kontynuował swój wykład o gospodarce leśnej oraz trasę turystyczną okrojoną do 4 kilometrów z powodu zbliżającego się wielkimi krokami wieczoru. Trasa była króciutka, ale bardzo malownicza i kończyła się we wsi Walkowice przy kamieniu upamiętniającym powstańców wielkopolskich, przy którym złożyliśmy kwiaty, zapaliliśmy kolejny znicz i odśpiewaliśmy "Rotę" zaintonowaną przez Grażynkę Dopierałę. Zrobiło się bardzo uroczyście, atmosfera stała się podniosła, a nasz mini capstrzyk zwieńczony został grą na rogu. Kiedy wybrzmiały ostatnie dźwięki muzyki, pan Maciej, który porzucił polowanie, żeby się z nami spotkać zaprosił nas do Leśniczówki Drzązgowo na ognisko i grochówkę. Nim dokończyliśmy jeść zapadł mrok. Zgromadziliśmy się więc kręgiem wokół ogniska, które od wieków otaczano, z powodu jego przyjemnego ciepła i śpiewając zakończyliśmy spotkanie. Wojtek podziękował w naszym imieniu panu Maciejowi i jego żonie Izie za udostępnienie nam miejsc niedostępnych dla zwykłych śmiertelników oraz gościnę w Nadleśnicwie i w ciemnościach rozpraszanych przez dogasające ognisko skierowaliśmy się do autokaru żegnani dźwiękami myśliwskiego rogu. (JL)
  Opowieść bogato ilustrowana

WROCŁAW - CZYLI TURYSTYKA KULTURALNA
14 grudnia mała grupka zwolenników zimowej turystyki wyprawiła się busikiem do Wrocławia na całe dwa dni. Już sam wyjazd busika z częściowo mocno błotnistego politechnicznego parkingu zastawionego po brzegi samochodami i różnej maści pojazdami budowlanymi był majstersztykiem mistrza kierownicy. Po takim starcie, jak dobry pilot samolotu, szofer zebrał gromkie oklaski. Widząc, co potrafi nasz kierowca nie baliśmy się oddać swojego cennego życia w jego mistrzowskie ręce. Spokojnie więc zwiedziliśmy po drodze sanktuarium św. Jadwigi Śląskiej, pod opieką której podróżowaliśmy w tym roku oraz okazały barokowy zamek Leszczyńskich w Rydzynie. Na obiad zjechaliśmy do Wrocławia do pubu "Fanaberia", a na noc zatrzymaliśmy się w pobliskim hostelu "Absynt". Wieczorową porą wyruszyliśmy na wrocławski rynek, by wziąć udział w Jarmarku Bożonarodzeniowym, czyli co nieco zakupić, co nieco zobaczyć i co nieco zjeść i wypić. A było na co popatrzeć. Świątecznie udekorowany Stary Rynek błyszczał i migotał. Na środku stanęła ogromna choinka, z której spływały świetlne krople, a dookoła placu ustawiono mnóstwo straganów kuszących rozmaitością towarów: świątecznych ozdób, rękodzieła, słodkości i różnych smakowitych wyrobów. Rozstawiono również "Bajkowy Lasek" z atrakcjami dla dzieci (u Krasnala można było dostać też coś dla dorosłych). Przez Rynek przeszła kolorowa i roztańczona parada elfów, hojnie rozdająca prezenty małym widzom, która zakończyła się pokazem przy choince. Niestety nie dane mi było zobaczyć "na żywo" zakończenia, bo tłum był tak gęsty. Było bardzo ciekawie i radośnie, ale też i mroźno, odmarzły nam więc uszy, nosy i stopy. Alinka Borysionek, jako odpowiedzialny kierownik wycieczki, zaprowadziła nas do knajpki w piwnicach ratusza, w której od wieków kilku z nawiązką gromadzono się, by się rozgrzać także zimą. Podano rozgrzewający balsam i wszystkim zrobiło się ciepło i przytulnie, aż nie chciało się stamtąd wychodzić. Czas szybko upłynął w miłym towarzystwie i kameralnej atmosferze. Na scenie pojawili się muzycy i zaczęto stroić instrumenta i głosy, więc zebraliśmy się w sobie i poszliśmy do hostelu. Trzeba było wyspać się przed kolejnym pracowitym i bardzo długim dniem.
Rano po śniadaniu, a przed obiadem zwinąwszy manele do schowka (bo doba hostelowa była na ukończeniu) ruszyliśmy zwiedzać miasto. Wrocław jest duży i sporo jest we Wrocławiu ciekawych miejsc i zabytków, więc żeby nie patrzeć na wszystko, tylko zobaczyć to, co najciekawsze i zmieścić się w mocno ograniczonym czasie, a przy tym nie paść bez sił przed wieczorem, kiedy to mieliśmy wyglądać kulturalnie i świeżo, Alinka wynajęła nam przewodniczkę, która pochodząc z Wielkopolski, była Alince dobrze znana (jak każdy zresztą rodzimy przewodnik). Obejrzeliśmy więc to i owo, zachwyciliśmy się Wrocławiem, jego zabytkami sakralnymi i świeckimi, placami i uliczkami, drzewami (szczególnie jednym) i mostami i wróciliśmy na obiad do "Fanaberii". Posiliwszy się nieco dobrym obiadkiem i ogarnąwszy w hostelowej kuchni, wyfiokowani i pachnący, jak prosto z salonów piękności na szpileczkach i w lakierkach oraz pod krawatem, podjechaliśmy z fasonem naszą karetą złotą pod Teatr Muzyczny "Capitol". Zupełnie nieźle jest się tak przepoczwarzyć z upoconego i zakurzonego turysty w pachnącego lakierem i perfumem melomana. Tu między 17:00 a 20:20 smakowaliśmy z rozkoszą "Mistrza i Małgorzatę" gorąco oklaskując mistrzowską grę, taniec i śpiew aktorów. Tak ukulturalnieni po 24:00 wróciliśmy do Poznania, by nadludzkim wysiłkiem stając na głowie wydobyć pozostawione przed wyjazdem na zamkniętym już po powrocie parkingu Politechniki swoje cierpliwie czekające pojazdy. I muszę z uznaniem stwierdzić, że wszystkim się to udało. To był Weekend przez duże "W". Kolejne brawa Alinko! (JL)
  Galeria zdjęć

Rok 2014
W piątek 31 stycznia w Klubie Profesorskim, wynajmowanym nam od lat przez Wydział Elektryczny, odbyła się pierwsza tegoroczna impreza inaugurująca Nowy Rok Turystyczny. Omówiwszy rok 2013, z finansowym błogosławieństwem Komisji Rewizyjnej mogliśmy spokojnie zaplanować kolejne wycieczki. Obecny rok jest dla naszego Koła jubileuszowy, gdyż 50 lat temu zostało ono powołane do życia. W związku z powyższym najważniejszą imprezą w tym roku będzie Impreza Jubileuszowa, która w zależności od dostępnych w wybranym ośrodku terminów zorganizowana będzie we wrześniu, październiku lub może nawet w listopadzie. 50-letnie Koło jest kołem w sile wieku, zdolnym do podjęcia wyzwań - zaplanowano więc też i siłę przeróżnych imprez turystycznych. Jeśli już czegoś może nam nie starczyć, żeby zrealizować te plany to jedynie dni w ciągu roku. Dla organizatorów wycieczek wyróżniających się inwencją twórczą, by nie zgasł w nich zapał do pracy nad kolejnymi wycieczkami, mieliśmy specjalne dyplomy, którymi ich nagrodziliśmy, rzęsiście oklaskując dokonania. Podziękowania te złożyliśmy Alinie Borysionek za cykl wycieczek pod roboczą nazwą "Zamki i pałace w Polsce i zagranicy" oraz Wojtkowi Ratajczakowi za cykl rajdów niepodległościowych pod patronatem pana Macieja Strawy pod takąż roboczą nazwą "Gra na rogu w lasach Wielkopolski". Reszta nienagrodzonych dyplomami uczestników zebrania zadowoliła się z powodzeniem ciastami i słodyczami własnej produkcji i w radosnych podskokach, ciesząc się już na zapas z zaplanowanych wycieczek, rozeszła do domów. (JL)

POTASZE
Otrzymaliśmy maila tej treści: "W najbliższą sobotę 15 marca jest nowa trasa okrężna (fragmentami czerwonego i niebieskiego szlaku w sąsiedztwie miejscowości Potasze) w Puszczy Zielonce (ok. 8-10 km). Zbiórka na Rondzie Śródka (na stacji benzynowej) o 8:30. KB"
I przyjęliśmy go do zapoznania się i wykonania. Howgh!

ŚNIEŻYCA KWITNIE!!!
Jak donosi nasz korespondent w Jarze Śnieżycowym kwitnie śnieżyca. Donosi również, że wraz z kwitnieniem śnieżycy rozpoczynają się ćwiczenia wojskowe na poligonie Biedrusko. W trosce o bezpieczeństwo miłośników tego drobnego lecz symbolicznego kwiatka Nadleśnictwo wprowadziło czasowe ograniczenie zwiedzania rezerwatu do 16 marca. Rezerwat zostanie udostępniony zwiedzającym po zakończeniu działań militarnych i przekwitnięciu śnieżycy. W związku z tym, że nie brak nam refleksu wybieramy się tam 16 marca (godz. 10:00, parking Starczanowo), by zdążyć jeszcze zobaczyć śnieżycę w pełnym kwitnieniu, jak to czynimy co roku i ogłosić otwarcie sezonu turystycznego. (JL)

WYPRAWA DO JARU ŚNIEŻYCOWEGO
Nie wiedzieć czemu śnieżyca w tym roku broniła się jak mogła przed naszą kontrolą, będąc w zmowie z kadrą wojskową i z samą matką naturą. Poza wymienionymi wyżej działaniami militarnymi, które ograniczyły czas zwiedzania, wysunęła jeszcze broń meteorologiczną. W konsekwencji było mokro od góry i od dołu oraz zimno i wietrznie. Mamy jednak wyspecjalizowaną wąską grupę profesjonalistów, którzy potrafią sobie poradzić w krytycznej sytuacji. Uzbrojeni w peleryny przeciwdeszczowe i wysokie buty oraz termos z gorącą herbatą wyruszyli punktualnie o 10:00 z umówionego miejsca w kierunku Jaru Śnieżycowego. Zabłądzić było nie sposób, bo w tym roku do rezerwatu wiódł... specjalny szlak śnieżycowy. (JL)
[Rozmiar: 1939 bajtów]  Reportaż z udanej ofensywy

A JAK TO DAWNIEJ BYWAŁO?
[Rozmiar: 768911 bajtów]A dawniej wielbiciele śnieżycy szli bez względu na pogodę.
Dzień przed nawałą śniegową nadano komunikat, że śnieżyca wyśmienicie kwitnie. W dniu właściwym też była, tylko pod śniegiem. Większość ekipy wędrowała do jaru z dworca w Murowanej Goślinie. Sytuację uratował zsamochodowany Maciej (Stroiński - komentarz administratora), podwożąc kolejno spieszonych. (JGB)

CUDZE CHWALICIE, SWEGO NIE ZNACIE, czyli I wycieczka z cyklu "Miasta Wielkopolski"
1 czerwca, w piękną, słoneczną niedzielę, wybraliśmy się zwiedzić Ostrów Tumski. Tym razem nie był to ten, który swego czasu poznawaliśmy we Wrocławiu, tylko nasz rodzimy, bliski Ostrów Tumski w Poznaniu. Celem był ICHOT, czyli Interaktywne Centrum Historyczne Ostrowa Tumskiego, zwany Bramą Poznania. Program wycieczki był bardzo, jak na panujący na naszych wyjazdach rygor, elastyczny. Dojazd własny, dobór środka komunikacji dowolny, a dla chętnych Msza św. w Katedrze i zwiedzanie rezerwatu archeologicznego Genius Loci, w którego murach kryją się odkryte przez archeologów prastare wały, otaczające niegdyś wyspę. Można było również wypić kawę w pobliskiej kawiarence z widokiem na Bramę Poznania. Sztywna była tylko Godzina Trzynasta, czyli godzina wejścia grupy do Centrum i tego kierowniczka i organizatorka wycieczki Alinka Borysionek pilnie strzegła, czekając na spóźnialskich do oporu przy kasach. Wejście do ICHOT to pozostałość po pruskiej fortyfikacji, która była zbudowana na Ostrowie. Wchodzi się przez nie na oszklony most, który łączy dwa brzegi Cybiny. Mostem przechodzi się na drugą stronę rzeki (jak każdym mostem) do budynku Centrum. Centrum jest w pełni tego słowa interaktywne. Ja, która na co dzień stykam się z techniką komputerową, posiadam komórkę, mam elektroniczne konto bankowe i używam karty elektronicznej poczułam się w tym miejscu nieco zagubiona, jakbym przybyła z dalekiej przeszłości. Opanowałam jednak tą technikę, wykorzystaną tu na przeróżne sposoby, bo w końcu "Człowiekiem jestem i nic co ludzkie nie jest mi obce" i dalej już bawiłam się świetnie. Nawet dzieci mogły tutaj znaleźć coś dla siebie, a w Dniu Dziecka ich nie brakowało. Na koniec można było obejrzeć sobie Poznań z dachu Centrum. Wyszłam stamtąd zachwycona. Nagromadzenie informacji w tym miejscu w słowie i obrazie jest tak ogromne, że pojedyncza wizyta nie wystarczy. Trzeba to "wziąć" na kilka razy i ręczę, że za każdym razem zwiedzający nie będzie się nudził. (JL)

Według wszelkiego prawdopodobieństwa kolejna ekskursja będzie pod hasłem "COŚ DLA CIAŁA, COŚ DLA DUCHA, czyli II wycieczka z cyklu 'Miasta Wielkopolski". Poznawać będziemy Rogalowe Muzeum Poznania, z okien którego podziwia się (bez tłumów) poznańskie koziołki w odwiecznym boju, a także zwiedzimy cerkiew prawosławną przy Marcelińskiej.

Z ostatnich doniesień Alinki B. wynika, że kolejna wyprawa będzie miała tytuł "COŚ DLA CIAŁA", bo wspomniana duchowa strawa, czyli cerkiew przy Marcelińskiej ostatnio jest w remoncie. Kierowniczka Alina domniema, że to dlatego, żeby świątynia mogła pokazać się naszej grupie w całej swojej krasie, więc poczekamy i nie będziemy tacy. Za to Muzeum Rogalowe podejmie nas po gospodarsku, co prawda nie chlebem i solą, ale świeżo pieczonym rogalem. (JL)

COŚ DLA CIAŁA, czyli II wycieczka z cyklu "Miasta Wielkopolski""
"Rogalowe Muzeum Poznania" przy Starym Rynku (wejście od ul. Klasztornej) nie jest typowym muzeum, w którym za szybką stoją nietykalne eksponaty. Owszem, jest parę eksponatów (np. waga, czy młynek do maku), ale są one jak najbardziej w użyciu. Od samego wejścia wzięli nas w swoje pazury Mistrz i wuja Biniu. Pousadzali w ławeczkach, wyznaczyli gzuby do pomocy, ubrali je w fartuchy i czapki "budyniówki". Szczuny się buntowały, bo nie chciały zakładać różowych fartuszków, więc znalazły się dla nich brązowe. Muzeum ma w swojej ofercie pokaz rogalowy i pokaz rogalowo-koziołkowy. W obu przypadkach można wziąć czynny lub bierny udział w pieczeniu rogali, natomiast w drugim dodatkowo z "loży" w oknie w trakcie wyrastania ciasta w wyrku pod szmatą można obejrzeć poznańskie koziołki i posłuchać hejnalisty. Dla nas z okazji 179. rocznicy urodzin Henryka Wieniawskiego z wieży zegarowej zagrał skrzypek zamiast trębacza. Kiedy koziołki się już schowały, wróciliśmy do pieczenia. Ciekawe, że przeciąg z otwartego okna nie zaszkodził ciastu, które rosło pod szmatą. Na koniec, kiedy napatrzyliśmy się już na wyrabianie, bicie, wałkowanie, wykładanie masy z białego maku, zwijanie, smarowanie glancem i ważenie, kiedy obejrzeliśmy animowany film o historii Poznania, związanej nierozłącznie z degustacją rogali świętomarcińskich i kiedy ciekła nam już potężnie ślinka, dostaliśmy po kawałku świeżutkiego, chrupiącego rogala. Pychotka! (JL)
  Krótkie sprawozdanie

Powoli nabierają tempa przygotowania do wycieczki na Polesie. Atmosfera zaczyna się robić nerwowa. Tandem kierowniczy Krysia-Joasia ostro zabrał się do roboty. W pocie czoła pracuje też Zarząd Koła. Uczestnicy zbierają zaordynowane przez kierownictwo w kolejnym Komunikacie niezbędne rzeczy. Gorączka opanowuje wszystkich. Ach! Polesia czar ...

POLESKI PARK NARODOWY I KAZIMIERZ DOLNY
Doczekaliśmy się wreszcie! 22 sierpnia odjechaliśmy z pompą spod Politechniki w kierunku wschodnim. Za nami pozostały wszelkie przyziemne kłopoty, bo w planach mieliśmy odkrywanie czaru Polesia nad Bugiem i Kazimierza nad Wisłą. Tego, co widzieliśmy nie da się opisać słowami, więc posłużę się tym razem (i wcale nie wyjątkowo, bo "Piękna nasza Polska cała") zdjęciami wykonanymi przez uczestników wycieczki. (JL)

 Piórem i obrazem  Ścieżka Perehod  Ścieżka Spławy  Dwa Brzegi

SPOTKANIE JUBILEUSZOWE Z OKAZJI 50-LECIA KOŁA PTTK PRACOWNIKÓW PP
Przygotowania do tej uroczystości trwały już od początku roku. Powstała specjalna komisja, która zajęła się organizacją prezentacji wspomnieniowej i uroczystej Gali wręczenia odznaczeń. Ukonstytuowała się grupa cukierników, która miała upiec ciasta. W międzyczasie załatwiały się sprawy związane z zakwaterowaniem, autokarem, odznaczeniami, trasami, konkursami i dofinansowaniem. Zbierano wiedzę na temat okolicy, gdzie miała się odbyć impreza. Zamawiano pogodę, wykorzystując specjalne znajomości. Słano w eter komunikaty. Zbierano zapisy i pieniądze. W końcu wybiła godzina "W" i wyruszyliśmy w sobotę 20 września sprzed Politechniki na Piotrowie do Ośrodka "Borowa Zatoka" w Borowym Młynie. Żeby nie gadać po próżnicy o tym, co się tam działo, obejrzyjmy Fotoreportaż. (JL)
  Fotoreportaż ze Spotkania Jubileuszowego

POGRZEB ADASIA DOPIERAŁY
"Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą."
W czwartek 25 września żegnaliśmy Adasia Dopierałę.
  Zdjęcia

SPOTKANIE POWYCIECZKOWE - CZESZEWO'2014
Gdy nadeszła niedziela 12 października, znowu zjechaliśmy tłumnie na Piotrowo, żeby wyruszyć tym razem do Czeszewa nad Wartą i zwiedzić tamtejsze okolice. Najmilejsi wyszli z siebie i nie chcieli być gorsi od poprzednich. Trzeba przyznać, że udało im się. Żeby zobaczyć, co przygotowali, zajrzyjmy do
Albumu ze Spotkania Powycieczkowego (JL)

RAJD LISTOPADOWY
W sobotę 8 listopada Najmilejsi, rozkręciwszy się w swych poczynaniach, zorganizowali Rajd Listopadowy. Role zostały podzielone: ten od trasy, ten od jadła, ten od zwiedzania. Do współpracy został wciągnięty (ze względu na swą obszerną wiedzę) Marek Sowiński, któremu przydzielono rolę przewodnika. Marek uzupełnił to, czego nie powiedzieli inni przewodnicy. Wyjechaliśmy o 8:00. Wróciliśmy najpóźniej, jak tylko można było. Plan był wypełniony po brzegi (tak jak i autokar) i bardzo ciekawy, równie chętnie realizowany przez dorosłych, jak i przez młodzież. Coraz bardziej obniża nam się poziom wieku, a rośnie poziom organizacji wycieczek. To cieszy. Ale "Słowa uczą, a przykłady pociągają" - zajrzyjmy więc do
Galerii (JL)
Koło PTTK Pracowników PP
Administracja strony: Joanna Loręcka Joanna.Lorecka@put.poznan.pl Koło PTTK nr 8 Pracowników Politechniki Poznańskiej
Strona znajduje się na serwerze Politechniki Poznańskiej
[Rozmiar: 718 bajtĂłw]