Koło PTTK Pracowników PP
Koło nr 8
Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego
Pracowników Politechniki Poznańskiej
2007 rok
Rok 2007 zaczęliśmy zebraniem sprawozdawczo-wyborczym 24 stycznia. Na tym zebraniu został wybrany nowy Zarząd Koła na kadencję 2007 - 2010. Przy cieście upieczonym przez kończący swoją kadencję dotychczasowy Zarząd zaplanowaliśmy tegoroczny wyjazd.
Natomiast turystycznie zaczęliśmy rok w marcu - spacerem do Starczanowa i wizją lokalną kwitnącej śnieżycy. Bardzo się biedaczka w tym roku śpieszyła, bo ledwo zdążyliśmy obejrzeć ją w połowie jej możliwości. Na zewnątrz pogoda była marna, ale w sercach, jak zwykle, gorąco.
Za to w Rzymie .... 
Ale przeczytajmy, co na ten temat pisze jedna z uczestniczek wycieczki Rzym'2007 koleżanka M. Szturma:
"W marcu 2007 roku kilka osób z naszego Koła zachęcone przez Wandę Gordon wybrało się na wycieczkę do Rzymu zorganizowaną przez Stowarzyszenie Pilotów Wycieczek w Poznaniu. Wycieczka zaczęła się od podróży autokarem do Wrocławia, a następnie samolotem udaliśmy się do Wiecznego Miasta. W pierwszym dniu, prosto z lotniska pojechaliśmy do Castel Gandolfo i nad Lago di Albano. Następnego dnia, a była to niedziela, udaliśmy się na Plac Świętego Piotra, by spotkać się z Papieżem Benedyktem XVI na modlitwie na Anioł Pański. Następnie zwiedzaliśmy dzielnicę cyganerii Zatybrze z Kościołem Santa Maria di Trastevere, a później spacerkiem udaliśmy się na Awestyn. Tam spoglądaliśmy przez ... dziurkę od klucza na Bazylikę Świętego Piotra. Przez kolejne cztery dni bardzo dokładnie zwiedzaliśmy wszystkie najważniejsze zabytki Rzymu - Kapitol i Muzea Kapitolskie, Coloseum, Palatyn, Forum Romanum, Katakumby, Termy Karakali, Bazylikę Św. Jana
za Murami, Bazylikę na Lateranie, a także przepiękne Muzea Watykańskie, Kaplicę Sykstyńską i Bazylikę Św. Piotra. Oczywiście odwiedziliśmy też grób Ojca Świętego Jana Pawła II, przy którym niezmiennie gromadzą się wielkie tłumy. Nie mogło nas też zabraknąć przy Fontannie di Trevi, a wieczorem przy pięknie oświetlonych Schodach Hiszpańskich. Po mieście poruszaliśmy się komunikacją miejską, co pozwoliło nam zorientować się w topografii i ośmieliło niektórych do samodzielnego (lub w mniejszych grupach) poruszania się po mieście.
Kilka osób wybrało się więc kolejką nad morze do Lido di Ostia, inne z determinacją biegały po mieście szukając "perełek" o zobaczeniu których wcześniej marzyły. Niektóre plany pokrzyżowała nietypowa dla Włoch w tym okresie pogoda - zamiast nieba w kolorze "azzurro" mieliśmy sporo deszczu, a nawet grad. Rzym jednak przy każdej pogodzie jest zachwycający i na pewno kiedyś jeszcze do niego wrócimy, by podziwiać go w pełnym słońcu."

     

Długi weekend część naszych kolegów i koleżanek spędzi w Paryżu, a po powrocie umieścimy kolejne sprawozdanie.

PARYŻ'2007
Podczas tegorocznego weekendu majowego - w terminie 28.04-05.05.2007 r., odbyła się wymarzona i zorganizowana przez naszą koleżankę, Prezes Koła PTTK kadencji 1999-2007 Ewę Grobelską, wycieczka do Paryża i Disneylandu.
Wśród uczestników wycieczki, której przewodniczyła Wanda Gordon, ok. połowę stanowili członkowie naszego Koła PTTK, a pozostali to osoby spoza Koła - znajomi i rodziny. W sumie 43 uczestników + 2 kierowców wyruszyło autokarem w sobotę - 28 kwietnia o godz. 7.00 z parkingu przy PP na podbój Paryża.
Pierwszy dzień (sobota) - przeznaczony był na dojazd ze zwiedzaniem i noclegiem w Kolonii. Niestety awaria autokaru na autostradzie niedaleko Magdeburga pokrzyżowała nam trochę plany. Po 5 godzinnym "odpoczynku" na łączce przy autostradzie zostaliśmy doholowani do hotelu Formuły1 w Magdeburgu.
Następnego dnia (w niedzielę) - po śniadanku kontynentalnym ruszyliśmy już nowym autokarem w dalszą trasę do Paryża. Paryż przywitał nas późnym popołudniem w strugach deszczu. Nie pozostało nam nic innego, jak po kolacji u GiGi-ego zakwaterować się w hotelu i czekać co przyniesie ranek.
Dzień trzeci (poniedziałek) - piękne słońce od rana, które towarzyszyło nam na szczęście przez całe sześć dni pobytu w stolicy Francji. Również przez cały czas pobytu mieliśmy wspaniałego przewodnika, 29-letniego Macieja z Poznania, absolwenta Wydziału Architektury PP, mieszkającego już od 8 lat w Paryżu. Tego dnia zwiedziliśmy najstarszą część miasta na nabrzeżach Sekwany - wyspę City z Katedrą Notre Dame, Pałacem Sprawiedliwości i Świętą Kaplicą. Następnie wizyta w Dzielnicy Łacińskiej (kościoły św. Juliana, św. Seweryna, Sorbona, Panteon). Po krótkim odpoczynku w Ogrodach Luksemburskich powędrowaliśmy do muzeum Luwr, przespacerowaliśmy się po przepięknych ogrodach Tuileries i podziwialiśmy panoramę miasta z punktu widokowego na Łuku Triumfalnym.
Dzień czwarty (wtorek) - po hotelowym śniadanku prawie 30 osobowa grupa wyruszyła do Disneylandu, pozostali udali się na indywidualne spacery po Paryżu. Wieczorem 12-osobowa grupka wybrała się na spektakl kabaretu Moulin Rouge, pozostali podziwiali Paryż nocą. Ok. godz. 24.00 w doskonałych humorach wróciliśmy do hotelu.
Dzień piąty (środa) - dzień muzealny, wykorzystaliśmy nasze dwudniowe karnety i zwiedziliśmy ogrody muzeum Rodina, Tum Inwalidów - miejsce pochówku Napoleona, ogrody Ludwika XIV w Wersalu, przepiękne muzeum sztuki francuskiej d'Orsay. Wieczorem wspaniała francuska kolacja z muzyką i winem w stylowych wnętrzach XVII-wiecznej kamienicy w Dzielnicy Łacińskiej. Po kolacji w szampańskich nastrojach podziwialiśmy nocną panoramę miasta z tarasu widokowego najwyższego, 56- piętrowego, budynku Paryża - Tour Montparnasse.
Dzień szósty (czwartek) - rozpoczęliśmy od wizyty na najdostojniejszym z cmentarzy Paryża Pere Lachaise z grobami znakomitości świata kultury: m. in. Fryderyka Chopina, Oscara Wilde'a, Isadory Duncan, Edith Piaf. Następnie przejazd ulicami Paryża w okolicach Opery Paryskiej, Place Vendome, Concorde, Madeleine. Wjazd na wieżę Eiffel'a i podziwianie widoków Paryża przy pięknej, słonecznej pogodzie. Po południu, prawie dwugodzinny spacer statkiem po Sekwanie. Pełni wrażeń wzrokowych udaliśmy się do świata perfum - Muzeum Perfum Fragonard, gdzie wiele z pań zrobiło trochę zakupów po preferencyjnych cenach. Pachnącym autobusem udaliśmy się do nowoczesnej dzielnicy biznesu La Defence. Późnym popołudniem rozpoczęliśmy wchodzenie po schodach na najwyższe wzniesienie Paryża z Bazyliką Sacre Coeur zakończone spacerem po Placu Malarzy na Montmartre. Zachwyceni urokliwymi uliczkami dzielnicy malarzy późnym wieczorem wróciliśmy do hotelu.
Dzień siódmy (piątek) - z żalem musieliśmy opuścić już Paryż, ale w drodze powrotnej zwiedziliśmy jeszcze przepiękną starówkę perły Alzacji - miasteczka Colmar z katedrą i domkami z pruskiego muru pochodzącymi ze średniowiecza i renesansu. Nocleg w hotelu Formuły1 w Strasburgu - siedzibie Rady Europy, Parlamentu Europejskiego oraz Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Po rozpakowaniu bagaży i obiadokolacji wyruszyliśmy, aby zwiedzić piękną katedrę, pałac Rohan oraz w urokliwej kafejce na starówce wypić pożegnalne winko.
Dzień ósmy (sobota) - po kontynentalnym śniadanku w hotelu Formuły1 niestety musieliśmy już wracać do Polski. Czas biegł nieubłaganie i wieczorem, ok. 23.00 witały nas znajome mury Politechniki Poznańskiej na Piotrowie.
Z żalem wróciliśmy do Polski, ale myślę że wielu z nas jeszcze ponownie zagości w przepięknych zakątkach tego urokliwego miasta. (I. Wolniewicz-Pujanek)
  Galeria zdjęć

GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE'2007
Góry Świętokrzyskie i Ziemia Sandomierska zdobyte (nie po raz pierwszy zresztą). Poniżej w Galerii zdjęcia z wycieczki i wycieczkowy felieton zaufanego reportera. Nasi najmilejsi coś knują - spotkanie powycieczkowe za pasem.
Kto powrócił z ostatniej wyprawy żyw, niech poczyta
Wszyscy wrócili z wakacji, a my 24 sierpnia wyruszyliśmy autokarem z niezawodnym panem Zbyszkiem i jego GPS-em w Góry Świętokrzyskie.
Nasze kierowniczki Krysia i Asia rozdały nam plan wyprawy, mapy, śpiewniki i nauczycielskim tonem, który nie znosi sprzeciwu, ale jest jednocześnie kojący, wyjaśniły co i jak. I tak bidulki wyjaśniały dzień, w dzień.
Pierwszy przystanek Uniejów. Piękny zamek (XIV w.) z cudnym parkiem, a w nim biała dama. Niech sobie ta z Kórnika nie myśli, że jest jedyna!
Następnie Oblęgorek i muzeum Henryka Sienkiewicza wystawa książek pisarza, pamiątki z podróży, pamiątki rodzinne, oryginalne meble, obrazy. A w parku lipy i dęby - cudnie! Potem krótki, ale niezwykle milutki spacer wąwozem w stronę Baraniej Góry. I wreszcie Bodzentyn! Tu spędzimy najbliższe dni. Ruiny zamku biskupów krakowskich, Zagroda Świętokrzyska i Kościół Parafialny. To zapamiętają niektórzy, ale niewątpliwie wszystkim Bodzentyn skojarzy się z ogromną ilością bezpańskich psów, trudnej do określenia rasy - góra owczarek, dół jamnik. Wyły, i nie tylko, całe noce.
W sobotę byliśmy prawie w raju w Jaskini Raj. Jest ona niewielka (długość trasy turystycznej 180 metrów), ale ma bogatą i dobrze zachowaną szatę naciekową. Kolejnym punktem wycieczki był park etnograficzny w Tokarni, należący do Muzeum Wsi Kieleckiej. Jest to jeden z największych skansenów w Polsce - wiejska architektura drewnianej kielecczyzny. Pod XVIII-wiecznym kościołem rozsiadł się nasz kolega Jacek, w myśl zasady, że "każdy kościół musi mieć swojego dziada". Trochę zebrał. Dalej Chęciny: ruiny zamku i miasteczko. Byli tacy, którzy wracali trasą dziewiczą, a przed nimi szła tędy tylko burza!
Niedziela - to dzień chodzony - trasa czerwona. Było niezwykle miło, ale niekoniecznie zgodnie z opisem. Niezgodność owa wynika z faktu obrania, nie wiadomo kiedy i nie wiadomo dlaczego, innej drogi - niech żyje nieświadomość! E tam, nie jest ważne którędy, ważne z kim, no i cel ostateczny ten sam!
Poniedziałek - należało się pożegnać z pieskim miastem. Dziś Łysica, Święty Krzyż (Łysa Góra i Klasztor) i schodzimy do Nowej Słupii. Zanim wyruszyliśmy do naszej drugiej bazy noclegowej w Wólce Milanowskiej, żeńska część grupy wykonała "kolejno odlicz" - żadna nie odleciała, jedziemy. No, no, w Wólce pokoje 2-osobowe, to się rozpaskudzimy.
Wtorek znowu chodzony - trasa z Daleszyc do Sędka, ok. 18 km. Phi, co to dla nas! Trasa intrygująca, chwilami oznakowana niemal na każdym drzewie, chwilami wcale. Każdy miał inną propozycję przejścia rozproszyliśmy się, zebraliśmy, znowu brakuje Marka! Szukamy, wołamy, nie ma! Nagle przed nami na wzgórzu oczom naszym ukazuje się siedzący pielgrzym, pije kawę z termosu - Marek! Doprawdy, jak on to robi?!
Środa - nie pękamy, nadal trasa chodzona! Szlakiem czerwonym z Gołoszyc przez Szczytniak i Górę Jeleniowską, Paprocice i Kobylą Górę do Wólki Milanowskiej. Była taka grupa, która leżała sobie na polanie i licytowała się, kto ma bardziej brudne skarpetki - wygrałam!!! A na drugi raz nie leżeć mi w Górach Świętokrzyskich na polankach, bo żmije są!!!! Wiem, bo tak powiedziała mi spotkana w lesie "pani z siekierą"!
Czwartek - opuszczamy luksusy w Wólce, jaka szkoda. Jedziemy do Krzemionek Opatowskich (kopalnia krzemienia), dalej Opatów, Planta, Dojazd, Zamek Krzyżtopór, Klimontów i Sandomierz! Bursa - dwie łazienki na całym korytarzu. Następuje natychmiastowy podział na damską (ta odnowiona) i męską (późny Gierek).
Piątek - jesteśmy niezmordowani. Nadal chodzimy! Czerwony szlak z Sandomierza do Koprzywnicy. Plan był taki: Wieża Opatowska w Sandomierzu, wyjście na trasę do Bazyliki, Wąwóz Królowej Jadwigi (cudo!), Wzgórze Salve Regina i wałem nad Koprzywianką. Jak wspomniałam, to tylko plan, bo byli tacy, którzy po zejściu z wału dali się porwać panu zwanemu Paweł-geolog, do Baranowa (przepiękny, odnowiony pałac). Zapewne do dziś ów pan Paweł (POZDRAWIAMY!) nie może się nadziwić, że jego autko pomieściło 10 osób (były nawet miejsca leżące).
Sobota - poszliśmy sobie do Muzeum Diecezjalnego, Bazyliki, pod Pomnik Jana Pawła II i wałem wiślanym do Rezerwatu Góry Pieprzowe. Był to jedyny dzień, gdy troszkę deszczu spadło z nieba. Pozwiedzaliśmy sobie Sandomierz, przeszliśmy podziemną trasą i wróciliśmy do bursy naszej jedynej i niepowtarzalnej, bo naszej. Ostatni wieczór upłynął pod znakiem podziękowań, życzeń i programów artystycznych. Okazało się, że nawet rapować umiemy. Szkoda, że czas pakować manatki, taka ta bursa nasza - co wieczór moda peniuarowa, swojski, acz niepowtarzalny dźwięk trzaskających zewsząd drzwi, obezwładniający brak intymności w łazienkach, "wyleżane" tapczany, szerszenie tu i ówdzie, kolejka w jadalni. To tu stanowiliśmy jedną, wielką rodzinę!
Niedziela - Tak nam smutno, tak nam źle. Czas wracać do domu. A tam: pranie, prasowanie, sprzątanie, szorowanie, zakupy, wywiadówki. Czy ktoś przewidział jakieś skróty? (B.Czerkas)
Galeria zdjęć Inne zdjęcia   Galeria zdjęć Zdjęcia Jacka

SPOTKANIE POWYCIECZKOWE
Tegoroczne spotkanie powycieczkowe zostało podzielone na dwie części - część pierwsza zorganizowana została w Politechnice, część drugą (wycieczkę z okazji Dnia Niepodległości) poprowadził jeden z najmilejszych, Marek Sowiński. Stało się tak z powodu śmierci jednego z naszych kolegów, który należał do grona tworzących Koło od początku - Rysia Grajdka. Spotkanie rozpoczęło się Mszą Św. w podziemiach Kościoła Św. Rocha w kaplicy akademickiej. Bardzo mała kubatura tej kaplicy dała poczucie dużej bliskości i Msza Św. była przez to wyjątkowa - wszyscy mocno ją przeżywaliśmy. Po Mszy w Klubie Profesorskim w Budynku Wydziału Elektrycznego przy kawie, herbacie i cieście upieczonym przez nasze kochane koleżanki wspominaliśmy wycieczki, na których był z nami Rysiu. Całe spotkanie w ryzach ustalonego programu trzymał Jurek Kilanowski (ps. Kilaś), snując opowieści we właściwej jemu dowcipnej formie. Tak miło spędzony czas upłynął bardzo szybko, trzeba było w końcu się rozstać. Za nim to jednak nastąpiło, ustaliliśmy jeszcze którego dnia w tym roku obchodzimy 11 Listopada. Większością głosów przeszedł wniosek, że stanie się to w dniu 10 listopada. I tego też dnia wyjechaliśmy do Dobiegniewa, żeby poznać historię dawnego hitlerowskiego obozu jenieckiego Woldenberg, w którym przetrzymywani byli w większości polscy oficerowie. W drodze do Dobiegniewa przystanęliśmy na chwilę, żeby oddać hołd i pomodlić się nad mogiłą ofiar hitleryzmu w miejscu straceń w lasach międzychodzkich. Dzięki temu, że dopisywała pogoda (choć zapowiadano śnieg i gradobicie) mogliśmy również przemierzyć, jak na wytrawnych turystów przystało, około 10 km pieszo. Nasz szacowny organizator - Marek S. przygotował nam na trasie kilka atrakcji: wchodziliśmy po kolei na drewnianą ambonę - punkt widokowy na Jez. Osiek i jego malownicze okolice, brodziliśmy po leżących na ścieżce liściach (atrakcja dla tych, którzy mieszkają w mieście), staliśmy w osłupieniu, patrząc na resztki mostu, przez który wiódł nasz szlak. Wycieczkę zakończyliśmy obiadem i konsumpcją wspaniałych marcińskich rogali w Gospodarstwie Agroturystycznym o literacko brzmiącej nazwie "Wilcze Doły" w Zielątkowie koło Drezdenka. Jak zwykle w tym towarzystwie miło było na koniec pośpiewać pieśni patriotyczne i żołnierskie. Rozstaliśmy się do następnego spotkania w styczniu. (JL)
Galeria zdjęć Galeria zdjęć

Rok 2008
Rok 2008 rozpoczęliśmy 08 lutego naszym corocznym zebraniem. Wspólnie i w podgrupach, finansowo i turystycznie podsumowaliśmy z entuzjazmem poprzedni rok. Zaplanowaliśmy z grubsza rok bieżący (o naszych planach można poczytać w menu Propozycje). W harmonogramie znalazła się między innymi wizytacja w Jarze Śnieżycowym i późnoletnia wycieczka w Bieszczady. Spotkanie zakończyło się ciekawym pokazem slajdów o Wołyniu przygotowanym i opowiedzianym przez kolegę Marka Sowińskiego.
Udało się nam!!!
W niedzielę 09 marca 2008 r. sprawdzaliśmy, czy jeszcze kwitnie śnieżyca wiosenna w Jarze Śnieżycowym koło Starczanowa. Zamówiono pogodę słoneczną w południe, z rana lekko pochmurną, by ułatwić dotarcie do celu (koszty zamówienia pokryto z własnej kieszeni). Kontrolę przeprowadzała grupa PTTK PP w sile około 15 osób (kto da więcej?). Zanotowano: "Śnieżyca wiosenna (łacińskie: Leucoium vernum), zwana także gładyszkiem, w pełni kwitnienia; nie mniejsza niż kwiatków ilość spacerowiczów." Nie rozwiązany pozostaje odwieczny problem - kto był oglądanym, a kto oglądającym? Część grupy w drodze powrotnej poszukiwała przygód na bezdrożach. Na szczęście jesteśmy turystami wytrawnymi i nie udało się nam zginąć - ale za to przygód nie było. W tym dniu odbył się również wzorowany na Rajdzie Paryż-Dakar rodzimy rajd wózków terenowych (jeden z budką, dwa spacerowe). Kierowcy wózków wykazali naprawdę duży kunszt w prowadzeniu pojazdów po drodze grząskiej i wyboistej.
Na tych, co z wyprawy powrócili czekała tradycyjna w tych rejonach grochówka i nie mniej tradycyjny chleb ze smalcem i kiszonym ogórkiem oraz samochód (własny, pozostawiony na parkingu). (JL)

HISZPANIA
W dniach 27.04 do 03.05 zgodnie z planem nasza PTTK-owska grupa wyruszyła na podbój Hiszpanii, a konkretnie Andaluzji. I co tu dużo gadać (pisać) - Andaluzja padła, a galerię zdjęć z tych mrożących krew w żyłach (rozpalonych, jakby nie było gorącą Hiszpanią) scen można obejrzeć na stronie naszego nieocenionego Januszka Rabiegi
 GALERIA Januszka

Druga natomiast galeria została utworzona z nie mniej znakomitych dzieł nie mniej nieocenionego Jacka Siweckiego, którego zdjęcia, zaopatrzone trafnymi opisami, mieliśmy już nie raz okazję oglądać.
 GALERIA Jacka

Tuż przed wyjazdem
Napięcie narasta! Już niedługo powitamy Bieszczady, żeby zaprzyjaźnić się z nimi na tydzień (nie licząc dojazdu i powrotu). Już za parę dni, za dni parę zabierzemy swoje plecaki, torby, aparaty, kijki i laski (bo też niektórzy zabierają swoje żony) i w nogi. I tyle nas będzie widać. Kto nas znajdzie w tej głuszy? W programie trasy piesze, konkursy i pokazy, wypady alternatywne i baseny, ogniska i kiełbaski. a przede wszystkim zaprawiona turystycznie śmietanka towarzyska. Wszystkiego nie będę zdradzać, żeby pozostało nieco tajemniczości, co wzbudza dreszczyk emocji. Nad tym wszystkim czuwać będzie Rada Programowa w liczbie 9 osób (w tym trójosobowy Zarząd). Organizatorzy wychodzą z założenia, że od przybytku głowa nie boli i z roku na rok mnożą kierownictwo. Po powrocie z pewnością zamieścimy reportaż z wyprawy.

BIESZCZADY'2008
Bieszczady zdobyte! Nikogo to zresztą nie dziwi, bo nasza grupa zdobywa wszystko, co ma w planie. Przy okazji zdobyliśmy też Kazmierz Dolny i Ponidzie. W tym roku naszym autokarem z powodzeniem powoził pan Robert.
Trasę do- i odjazdową tworzył kolega Grześ Baer. Zwiedziliśmy po drodze Radziejowice - pałac z zewnątrz i piękny, mimo deszczu, park oraz robiący spore wrażenie kompleks pałacowy w Kozłówce, odtworzony na bazie zachowanych dokumentów z oryginalnym wyposażeniem i wystrojem wnętrz. Rzuciliśmy też okiem na zbiory Muzeum Socrealizmu, które dla kontrastu znalazły swoje miejsce w kozłowieckim pałacu. Nocując w Polańczyku, wzięliśmy udział we Mszy św. w sanktuarium MB Pięknej Miłości i przemierzyliśmy stateczkiem Jezioro Solińskie.
Pod wodzą naszego doświadczonego przewodnika kolegi Stefka Chojnackiego przebiegliśmy Bieszczady wzdłuż i wszerz. Zapędziliśmy się nawet na Ukrainę do Lwowa i trzeba powiedzieć, że warto było. Wśród tych polsko brzmiących nazw i nazwisk człowiek czuł się, jak u siebie w domu. Na Cmentarzu Orląt Lwowskich złożyliśmy biało-czerwoną wiązankę goździków, żeby uczcić tych, którzy zginęli w obronie polskości tych ziem. Oczarowani miastem wróciliśmy do naszego miejsca noclegowego w Smereku na kilka godzin snu, by wcześnie rano znowu wyruszyć na bieszczadzkie szlaki. Jak się na koniec wycieczki okazało, mimo narzuconego spartańskiego trybu życia, wszystkim się podobało (choć wstawanie z kurami dało się we znaki).
Z tzw. "pompą" zakończyliśmy oficjalnie pobyt w Bieszczadach w przestronnej sali konferencyjnej wśród śpiewu i pląsu. Odbyła się również w tym czasie II Edycja Pokazu Mody Peniuarowej, na której wyłoniono i nagrodzono sowicie zwycięzców. Miejsce pierwsze, drugie i trzecie otrzymało w nagrodę gustowny kitel jednorazowy, szpitalny z flizeliny z załączonym równie gustownym nakryciem głowy. Pozostałe miejsca nagrodzono lwowskimi krasulami - odpowiednikami polskich krówek (po dwie na łebka). Swoje miejsce w tym spektaklu znalazła również "woda morska w proszku", wprowadzona na rynek przez firmę J&&S lub J&SS (dwojga nazw), której przedstawicielem jest Mr Jack Siwecki. Nieliczni szczęśliwcy, wybrani według klucza firmy J&SS (czy J&&S), zostali nią obdarowani. Na marginesie dodam, że niektórzy naukowcy zgłaszali wątpliwości, oparte na wnikliwych badaniach organoleptycznych (przy użyciu wzroku), czy "woda morska" to woda, czy też inny, bardziej chemiczny preparat. Obecni na sali chemicy nabrali wody w usta w sposób nad wyraz taktyczny. Z pewnych źródeł wiadomo, że są plany wykorzystania wspomnianej "wody" w celach militarnych i innych bardziej tajnych, stąd głośne wyrażanie swojej opinii na temat jej składu może pociągnąć za sobą groźne konsekwencje.
Z olbrzymim smutkiem pożegnaliśmy Bieszczady i przy okazji również czworo naszych przyjaciół, którzy z konieczności musieli nas opuścić i nie mogli z nami wracać.
Ostatnią noc spędziliśmy w Śladkowie śpiąc niewiele, śpiewając i biorąc bierny udział w nie naszym weselu. Wracając ostatniego dnia, wstąpiliśmy jeszcze w Maleńcu do zabytkowego Zakładu Hutniczego, gdzie nasi inżynierowie znależli godny siebie materiał do badań. Halę Zakładu wypełniały gęsto maszyny i urządzenia technologiczne, a podłogę pokrywały różnego rodzaju narzędzia. Policzyliśmy też wytwory skalne spacerując po rezerwacie "Prządki".
W drodze już ostatecznie powrotnej humory dopisywały do momentu, aż naszym oczom ukazał się budynek Politechniki Poznańskiej (niewątpliwie uczelni znamienitej), który przypomniał wszystkim o zbliżającym się nieuchronnie dniu, w którym każdy z nas pójdzie swoim prywatnym, nieopracowanym przez kolegę Stefka Ch. szlakiem. Bieszczady żegnajcie do następnego razu.
Poniżej do obejrzenia zdjęcia z wycieczki. Nie są to ostateczne wersje - zawsze można dopiąć kolejne zdjęcia. CZEKAMY NA WASZE wyjątkowo ciekawe DZIEŁA!!! Szczególnie do galerii przyrodniczej. (JL)
 Część górska   Przyroda bieszczadzka   Część lwowska  Zdjęcia Majki

RAPORT ZBIORCZY z dwóch spotkań pod rząd
 W dniu trzynastego października otrzymaliśmy informację mniej więcej tej treści: "Odjazd autokaru z parkingu PP Piotrowo o godz. 9.00 powrot ok. godz. 19.00 Iwona".
Dwudziestego szóstego października o godzinie dziewiątej zebraliśmy się we wskazanym miejscu, żeby we wsi zdrobniale Zajączkowem zwanej mile razem spędzić czas na spotkaniu powycieczkowym, organizowanym przez najmilejszych, czyli Wojtka Ratajczaka i Grzegorza Gawlaka (trasa) oraz Wandę Jańczuk (wspaniałe ciasta) i Irenkę Przybylską (pałac i wspaniałe ciasta). Zanim jednak, do tego doszło przebyliśmy szmat drogi - autokarem (Poznań - Nojewo-kościół) i pieszo (Nojewo-kościół - Chrzypsko Małe). Na początku trasy pieszej organizatorzy ze względu na nasze bezpieczeństwo rozdali nam latarki, które nam się przydały w drodze, gdy penetrowaliśmy budynek starego dworca. Żeby nie zgubić szlaku wzorem Łazuki ("Nie lubię poniedziałku") szliśmy wzdłuż torów i trafiliśmy na najwyższy w Wielkopolsce wiadukt kolejowy (oczywiście nieczynny). Znaleźli się śmiałkowie, którzy chcieli z niego skakać. na szczęście nie z naszej grupy. Zostawiliśmy ich z tymi zamiarami i wsiedliśmy do autokaru, bo już był czas najwyższy. Stygła zupa i mięsko w sosie. Na miejscu czekały nas jeszcze inne atrakcje prócz obiadu i kawy z ciastem. Każdy mógł pospacerować nad jeziorem, obejrzeć pokaz slajdów egzotycznych Państwa Lików i prześledzić tradycyjne przekazanie wałka - dziedzicznego insygnium władzy nad organizowaniem podobnych imprez. Kiedy wreszcie, nie bez trudu, udało się odebrać zeszłorocznym najmilejszym ten cenny skarb i oddać tegorocznym, spotkanie osiągnęło apogeum i zakończyło się. Zakończyło się zapowiedzią następnego tradycyjnego spotkania - Rajdu Jedenastolistopadowego.
 Galeria

Ten Rajd z rozpędu zrobił też Wojtek Ratajczak we współpracy ze swoją żoną Elżbietą. We Wronkach złożyliśmy hołd tym, którzy oddawali życie za naszą Ojczyznę w czasie Powstania Wielkopolskiego. Zapaliliśmy znicze, odmówiliśmy krótką modlitwę i wróciliśmy do autokaru. Początek trasy pieszej wytyczony został we wsi Biała w Puszczy Noteckiej. W małym, po myśliwsku urządzonym kościółku, powitał nas proboszcz parafii, ksiądz Edmund - obleciświat zakochany w swojej małej Ojczyżnie. Wprowadził nas w historię tego rejonu, opowiedział o miejscach, które mieliśmy odwiedzić, o ludziach, którzy niegdyś mieszkali na tym pustkowiu, odgrodzeni Puszczą od świata i o tych, którzy to pustkowie zaludnili, o wydarzeniach tragicznych i szczęśliwych dla mieszkańców Białej. Na koniec dał się zaprosić na kawę i marcińskiego rogala. Rozstaliśmy się więc z księdzem do popołudnia i powędrowaliśmy za jego radą w Puszczę nawdychać się tlenu po uszy, nasłuchać na zapas ciszy i odkryć miejsca, w których odpoczywał, tak jak my, nasz Ojciec Święty, zanim został papieżem.
W przytulnej myśliwskiej restauracji, wśród myśliwskich obrazów i trofeów, czując w ten sposób jeszcze zapach kniei, które przed chwilą opuściliśmy, zjedliśmy zupę z borowików i sztukę mięsa (na pewno z dzika), a potem już tylko jedliśmy rogale, śpiewaliśmy i słuchaliśmy opowiadań i kawałów księdza Edmunda. Żal było się rozstawać, ale właśnie ten żal za każdym razem każe nam jechać na kolejne wycieczki, rajdy i spotkania.(JL)

Rok 2009
W styczniu 2009 roku po raz kolejny spotkaliśmy się na zebraniu noworocznym. Owocem tego burzliwego spotkania są plany wycieczki w Gorce, która tradycyjnie, jak inne górskie wycieczki, odbędzie się na przełomie sierpnia i września.

RAJD ŚNIEŻYCOWY
W tegorocznym sezonie obejrzeliśmy śnieżycę w dniu 22 marca. Kwitła i to bardzo bujnie. Była ze dwa razy większa niż w poprzednich latach. Może jest nawożona? Jak wygląda w/w śnieżyca każdy już wie, dlatego nie załączam zdjęć. Jak wyglądały kwiatki w tym roku można zobaczyć powiększając sobie dwa razy zeszłoroczne zdjęcia.
Danka Zboroń wyprowadziła nas nawet dalej niż przewidywał plan, dzięki czemu widzieliśmy miejsce, gdzie prowadzono prace archeologiczne i odkryto ślady bytowania naszych praojców.
Pogoda była dość nieprzyjazna dla zwiedzających (mżawka), więc rano nie było tłoku. Wycieczki ruszyły dopiero po południu, gdy się na dobre rozpadało, w związku z czym zdążyliśmy jeszcze się posilić w ludzkich warunkach zakupioną w barze na parkingu grochówką i chlebem ze smalcem z kiszonym ogórkiem. (JL)

BAWARIA
A pod koniec kwietnia i na początku maja część grupy zwiedzała zamki Bawarii. Ci, którzy tam byli, mówili, że są pełni wrażeń.

GORCE'2009
Już za nami Gorce, Tatry Słowackie i Pieniny. Na tą wycieczkę wyjechaliśmy "o świcie" 28 sierpnia spod gmachu Politechniki. Za kierownicą (co już stało się tradycją) siedział Pan Robert, który powiózł nas prosto do celu. O godzinie obiadowej (17:00) dojechaliśmy do Nowego Targu na pierwszy zamówiony posiłek w Karcmie u Borzanka a potem do pensjonatu Natanael w Łopusznej, gdzie była nasza baza. Stamtąd już codziennie przez bitych 8 dni, nie licząc dnia wyjazdu, Stefek Chojnacki wywoził lub wyprowadzał nas w trasę. Przez 8 dni, nieustannie, z przerwą jedynie na obiady i noclegi ze śniadaniem, wędrowaliśmy po górach, dolinach lub intensywnie zwiedzaliśmy bliższe i dalsze okolice (cerkwie w Jaworkach i Szlachtowej, niezwykły kościółek w Dębnie, sanktuarium MB Królowej Podhala w Ludźmierzu, Kopalnię Soli w Wieliczce, zamek w Wiśniczu z jego tajemnicami, przewrotne Organy Hasiora, zamki w Czorsztynie i Niedzicy). Podróżowaliśmy po lądzie (pieszo i autokarem) i po wodzie - stateczkiem Harnaś przez Zalew Czorsztyński. Ci co mieli dosyć - wysiadali po drodze i wracali do bazy piechotą. Kierownictwo jednak nieugięte lub, jak niektórzy stwierdzili, niereformowalne trzymało się programu i tłumiło w zarodku bunty na pokładzie.
Mimo wszystko piękno Pienin, Tatr i Gorc było jak balsam na obolałe dusze i turystyczne części ciała. Do wyboru były trasy łatwe - dla tych, co chcieli wypocząć i trudne - dla tych, co byli zbyt wypoczęci, a najbardziej atrakcyjna i najbardziej męcząca była trasa na Krupówkach w Zakopanem. Na drugim miejscu pod względem trudności było chyba podejście na Sławkowski Szczyt w Tatrach Słowackich, do którego i tak podjechaliśmy kolejką ze Starego Smokowca. Ach, co to był za dzień - tyle wspomnień sprzed kilku lat, kiedy wędrowaliśmy po tych górach.
Nie można pominąć też basenów termalnych w Bukowinie Tatrzańskiej. Trzeba nawet przyznać, że to miejsce zapadło w naszej pamięci na długo, tak umiejętnie pieściło nasze umęczone ciała na kilku kondygnacjach i na przeróżne sposoby.
Program napięty był do samego zakończenia, a zakończyliśmy tradycyjnie - 61. wieczernicą pożegnalną ze śpiewami, konkursami i nagrodami w postaci przechodzonych, sprawdzonych map Pienin i nieużywanych jednorazowych gaci uniwersalnego rozmiaru XL, bo temat gaci był na tej wycieczce swego rodzaju leitmotivem - tematem powracającym, tak jak w naszych planach powracającym tematem są Góry. (JL)
CZEKAMY na zdjęcia od uczestników wycieczki.
  Gorce'2009

SPOTKANIE powycieczkowe zorganizowała czwórka najmilejszych - Alinka Borysionek, Stefan Andersz, zwany Hermesem, Januszek Cieślak i Czesiu Szymkowiak, wyłoniona w drodze wróżenia z kart. Punkt startowy i meta z obiadem i kawą wyznaczony został w Leśnym Ośrodku Szkoleniowym w Puszczykowie. Na dobry początek czekała nas niespodzianka - Komitet Powitalny złożony z lekarza i Zespołu Pielęgniarskiego, który w trosce o nasze zdrowie (padał rzęsisty deszcz) zaopatrzył nas w mapy, medykamenty i posiłek regeneracyjny (kapka nalewki, dżem śliwkowy, ciacho). Z mety obiegliśmy pobliskie szlaki Wielkopolskiego Parku Narodowego realizując krótką i długą wersję. Długa wersja zakładała, że mamy siły, krótka wersja zakładała dodatkowo wizytę w Muzeum Arkadego Fiedlera, mszę św. i kawiarenki. Muzeum prowadzone przez synów słynnego podróżnika zgromadziło zbiory z różnych krajów świata od przedmiotów codziennego użytku i kultu po wypchane i żywe egzotyczne zwierzęta. Spacerowaliśmy również po położonym obok muzeum Ogrodzie Kultur i Tolerancji, w którym repliki dzieł Majów i Azteków sąsiadują z piramidą i kopią statku "Santa Maria" naturalnej wielkości. Po tym pełnym wrażeń dniu obiad smakował wybornie, a jeszcze lepiej smakowało ciasto i kawa zaprawione nieco artystycznymi występami najmilejszych. Zapowiedziano też wycieczkę 11-sto listopadową.(JL)

WYCIECZKA 11-STO LISTOPADOWA
Opracowaniem trasy i organizacją tegorocznej wycieczki zajęła się Alinka Borysionek we współpracy z przewodnikiem po tych terenach - panem Włodkiem Buczyńskim, który podjął się oprowadzenia naszej grupy. Szlakiem kościołów drewnianych wokół Puszczy Zielonka obwoził nas autokarem "nasz" Pan Robert. Obejrzeliśmy słynny z organizowanego corocznie Misterium Męki Pańskiej kościółek w Kicinie. Zwiedziliśmy kościół w Wierzenicy, pamiętający jeszcze Zygmunta Krasińskiego, który przyjeżdżał tu do swojego przyjaciela - Augusta Cieszkowskiego. Po Auguście Cieszkowskim pozostał tu cenny nagrobek, którego replikę można oglądać we Florencji w kościele Santa Croce. Odwiedziliśmy kościółek w Węglewie z cudownym wizerunkiem Pani z Wyspy (ikona Matki Bożej z Lednicy). Podziwialiśmy kościółek, czy raczej kaplicę cmentarną w Sławnie, wzniesioną na średniowiecznym grodzisku, w której czczona jest św. Rozalia - patronka czasów epidemii.
W Kiszkowie zwiedziliśmy też pięknie odrestaurowany drewniany kościół św. Jana Chrzciciela, a w Rejowcu zajrzeliśmy do kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa, który został przebudowany z protestanckiego zboru, ufundowanego przez wnuka Mikołaja Reja. Okazałą świątynię w Skokach obejrzeliśmy tylko z zewnątrz, gdyż była w generalnym remoncie, a w Długiej Goślinie wstąpiliśmy do pobenedyktyńskiego kościoła św. Marii Magdaleny, której wizerunek, będący wotum za odzyskanie niepodległości, zdobi główny ołtarz w tej świątyni.
Pracowity ten dzień zakończyliśmy w Skokach w Karczmie Kołodziej, gdzie zaserwowano nam smaczny obiadek i kawę, przy której rozkoszowaliśmy się świeżutkimi rogalikami marcińskimi, kupionymi po drodze w cukierni w Kobylnicy. Ten historyczny szlak był tłem do Dnia Niepodległości i wydarzeń z niepodległością związanych. W Kiszkowie na rynku pod Pomnikiem Powstańców Wielkopolskich zapaliliśmy znicze, a w Sławnie pod pomnikiem naszych bohaterów położyliśmy kwiaty. Grażynka Dopierała, która zawsze dba o odpowiednią oprawę naszych spotkań zaintonowała "Boże coś Polskę". Puszcza Zielonka jest tak bogatym w szlaki turystyczne rejonem, że starczyło ich na kolejną wyprawę. W dwa tygodnie później Alinka poprowadziła turystów na Dziewiczą Górę. Ten rejon, bowiem, jest bardzo dobry pod kątem turystycznym, a jednocześnie pełen śladów dawnej i niedawnej historii.(JL)


Rok 2010
W dniu 05 lutego zainaugurowaliśmy Nowy Rok Turystyczny. Jako, że było to zebranie sprawozdawczo-wyborcze, udzielono absolutorium odchodzącemu Zarządowi i ... wybrano go na nowo. Mottem zebrania była maksyma - "Szanuj szefa swego, bo możesz mieć gorszego". Nowy Zarząd przedstawił swoje nowe plany, które Szanowne Gremium zaaprobowało entuzjastycznie. Postanowiliśmy pojechać w tym roku w sierpniu w Jurę Krakowsko-Częstochowską. Mało tego - w czerwcu wyjeżdżamy do Stolic nadbałtyckich spędzić tam w atrakcyjnym towarzystwie białe noce. Grzesiu Gawlak zaproponował uczestniczenie w pokazie zdjęć z trekkingu w Himalajach, na którym był ze Zbyszkiem Tomaszewskim. Padła również propozycja obejrzenia pokazu z Australii i Nowej Zelandii. Poza tym ramowy plan roku nie zmienił się. Był też czas na wyciszenie, chwila zastanowienia i modlitwy za dusze naszych koleżanek Teresy Protas i Zofii Nejman, które niegdyś z nami wędrowały.
Żebyśmy nie zapomnieli skąd przychodzimy, Stefek Krajewski przeczytał nam wiersz absolwenta naszej Uczelni, którego tematyka ściśle wiązała się z korzeniami naszego Koła - z Politechniką.
Na koniec zjedliśmy tonę ciasta, wypiliśmy herbatę i kawę, pogadaliśmy z dawno nie widzianymi znajomymi i poszliśmy do domu, żeby przygotować się duchowo i fizycznie na kolejny rok towarzysko-turystycznego poznawania kraju (i nie tylko). (JL)

RAJD ŚNIEŻYCOWY
Dzik w śnieżycachW tym sezonie niewielu było śmiałków, którzy wyruszyli do Jaru Śnieżycowego w tak niekorzystnych warunkach klimatycznych, jakie dały nam się we znaki tegorocznej wiosny. Bohaterowie ci opowiadali potem, jakie przeżyli przygody i jakiego dzikiego spotkali zwierza w leśnych ostępach.(JL)

CHWILA ZADUMY

We wtorek 20 kwietnia pocztą elektroniczną otrzymaliśmy smutną wiadomość:
"Kochani, z wielkim smutkiem zawiadamiam Was, że odszedł od nas na zawsze Mietek Górecki. Już nie będzie nam towarzyszył na turystycznych szlakach. Ostatnie pożegnanie w czwartek 22.04 2010 godz. 8.15 na cmentarzu junikowskim. Msza św. pogrzebowa równiez w czwartek 22.04 o godz. 10.30 w Kościele p.w. św. Ducha w Antoninku przy ul. Jaromira.

Boży czas jest najlepszym czasem,
w nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy, jak długo On chce,
w nim umieramy we właściwym czasie, kiedy On chce.
Dla nas pozostających tutaj czas, w którym odchodzą nasi najbliżsi nigdy nie jest właściwy,
ale myślę, że pomaga nam wiara, że Tam gdzie odchodzą
jest już tylko miłość.

Z wielkim żalem Iwona"

Poniedziałek, 07 czerwca. Smutne wiadomości nas nie opuszczają. Dzisiaj odebrałam kolejną:
"Dzielę się smutną wiadomością, którą otrzymałam dzisiaj. Z żalem zawiadamiam, że zmarła Basia Horbaczewska, była członkiem naszego PTTKu, jeździła z nami na wycieczki, na tą jesienną też się wybierała. Nie znam dalszych szczegółów o pogrzebie, jak się dowiem to poinformuję. Zmarła w szpitalu dzisiaj 4.VI. W środę, nagle zasłabła, zrobiono operację na neurochirurgii, respirator, kroplówki ,... zasnęła. Bardzo nam żal, była wspaniałą przyjaciółką i turystką.
Ze smutkiem
Irena Przybylska"
Naszła mnie taka refleksja - nigdy nie wiesz, z kim żegnasz się po raz ostatni.

Zbliża się wycieczka w Jurę Krakowsko-Częstochowską. Na razie plan tras owiany jest głęboką tajemnicą. Sprawdzony tandem kierowniczy Krysia-Joasia (Ciesielska-Powidzka) opracowuje plan z największą dokładnością. Nikt nie będzie miał prawa zginąć na szlaku.

KRAJOBRAZY JURY'2010
W piątek, 27 sierpnia, spod gmachu Politechniki na Piotrowie wyruszyliśmy w kierunku południowo-wschodnim, mając na celowniku Jurę Krakowsko-Częstochowską. Stery autokaru tym razem dzierżył w dłoniach Pan Irek, dowództwo natomiast przejęły w tym roku białogłowy, znane ze swej nieugiętości (Żelazne Damy). Pod takim dowództwem byliśmy gotowi na RZECZY WIELKIE. Zanim dotarliśmy do Złotego Potoku koło Janowa, gdzie mieliśmy nocować przez pięć pierwszych dni, zatrzymaliśmy się w Ożarowie, żeby obejrzeć tamtejszy urokliwy modrzewiowy dworek, w którym urządzono Muzeum Wnętrz Dworskich, położony niedaleko od dworku drewniany wiatrak i XVI-wieczny modrzewiowy kościółek we wsi Grębień z zachowaną oryginalną polichromią ścian. Drugą naszą bazą na kolejne cztery dni był Zajazd Jurajski w Podlesicach. Z obydwu tych miejsc codziennie robiliśmy eskapady na nadwarciańskie i jurajskie szlaki, zdobywając po drodze prastare jaskinie, średniowieczne zamki i brzegi Warty. Choć natura broniła się jak mogła przed naszą dziką ciekawością, wytoczywszy przeciw nam ciężką artylerię w postaci ulewnego deszczu, rzucając nam pod nogi połamane drzewa i każąc grzęznąć w gęstym błocie; choć szlaki za żadne skarby nie chciały nas trafiać, albo też jednokolorowo rozchodziły się w różnych kierunkach, to zdobyliśmy tę Jurę siłą i za Juliuszem Cezarem możemy teraz powiedzieć - "Veni, vidi, vici". Ogromne bohaterstwo grupy i herosów-samozwańców zostało uwiecznione w balladach do dziś śpiewanych przez bardów. Pokiereszowanym i strudzonym walką z naturą przywrócił zdrowie i życie aquapark w Tarnowskich Górach, swoją mocą kojąc bóle i lecząc rany odniesione w bitwie. Kierownictwo precyzyjnie dopracowało program tak, że nie pozostawiło nam zbyt dużo wolnego czasu, co było wybiegiem taktycznym - nie zdążyliśmy się rozbisurmanić. Nawet wieczory były pieczołowicie zabezpieczone.
Zakończyliśmy wycieczkę 62. Spotkaniem na Zakończenie, zorganizowanym, jak przystało na Szlaku Orlich Gniazd, na modłę średniowieczną. Tradycyjnie też wybrano najmilejszych, tym razem w sposób zakulisowy i demokratyczny.
Najmilejsi zaś wybrali na miejsce naszego spotkania powycieczkowego podpoznańskie, leżące nad Wartą Radojewo, związane w ten sposób z jednym z wiodących tematów naszej wycieczki.
Poniżej tradycyjnie album zdjęć autorstwa uczestników wycieczki. (JL)

 Fotoreportaż z wycieczki    Ballada o poruczniku

RADOJEWO - spotkanie powycieczkowe
I znowu nadeszła radosna chwila spotkania na szlaku. Co prawda na naszej drodze wzdłuż Warty nie było żadnego szlaku, ale to nam w drodze nie przeszkadza. Wyruszyliśmy z Radojewa. Prowadził nas sławny onegdaj porucznik, kryjący się pod pseudonimem Włodzimierz P. Pogoda była taka, na jaką sobie każdy zasłużył - czyli ładna. Trasa wiodła od pałacu von Treskowa przez park, cmentarz rodzinny owego magnata i las, nad jeziorkiem, przez strumyk, pośród wysokich wiekowych drzew i zabarwionych wczesną jesienią łąk. Raz ginęła gdzieś tajemniczo (bo ktoś zaorał drogę), raz znów wybiegała znienacka w łany żółtej nawłoci i szarej, wysokiej trawy. To dawała susa przez powalone drzewa (w rezerwacie się drzew nie sprząta), to tonęła w błocie, czasem raźno szła prosto wzdłuż trawiastego brzegu, albo też przemykała się pod płotami.
W okolicach Różanego Potoku z braku czasu musieliśmy, niestety, tą uroczą trasę pożegnać i opuścić. Wcale nie płakała, pobiegła dalej iglastym lasem. My zaś ruszyliśmy między naramowickie osiedla, by w końcu na Osiedlu Kosmonautów w restauracji Meteor zjeść obiad i małe "conieco". To, co się potem działo przeszło nasze wszelkie oczekiwania. Sławny porucznik, co swoje przeszedł, przeistoczył się w prowadzącego aukcję przedmiotów w różnym stopniu związanych z turystyką, zaś zasłużeni turyści w krótkiej chwili przeobrazili się w licytantów. Było przybijanie młotkiem sprzedaży i głośne wykrzykiwanie sum. Temperatura wzrosła (bynajmniej nie na termometrze) i zrobiło się gorąco, a towar szedł jak ciepłe bułki. Nikt z kupujących nie przypuszczałby wcześniej, że stanie się (szczęśliwym!) nabywcą takich skarbów. Wystawiane były podpaski do butów i sznurek do bielizny, czapka z podręcznym schowkiem i siatka na brudne skarpetki (do wywieszenia za okno). Siatka była dedykowana, ale adresat stanowczo stwierdził, że na wycieczki nie wozi brudnych skarpet i w ramach aukcji odsprzedał towar nie bez zysku. Zlicytowano wiele potrzebnych przeciętnemu turyście przedmiotów, a dochody z aukcji zasiliły kasę Koła. Będzie na lody.
Na koniec licytacja wymknęła się spod kontroli i zlicytowano zdjęcia z wystawy, na których widniały, między innymi, pięknie wykadrowane, kształtne tyły uczestników wycieczki KRAJOBRAZY JURY'2010. Cały ten radojewski wypad potoczył się w takim tempie, że po powrocie do domu jeszcze długo nie mogłam złapać tchu. (JL)
 Migawki ze spotkania

RAJD 11-listopadowy
W tym roku Rajd zorganizowaliśmy w sobotę 06 listopada. Powrót planowany był na godzinę 19:00 i z dużym trudem udało się to zrealizować. Organizacji Rajdu podjął się w tym roku kolega Michał Skalski i jako mieszkaniec Zielonej Góry postanowił nam pokazać swoje miasto i jego okolice. To był nasz punkt docelowy, gdzie mieliśmy zarezerwowany lokal z obiadem i poobiednią kawą. Do kawy dowieźliśmy z Poznania nasze marcińskie rogale. Poczęstowaliśmy nimi gospodarzy restauracji, którzy z takimi wypiekami nie mieli jeszcze bezpośrednio do czynienia.
Zanim jednak dojechaliśmy do Zielonej Góry, zatrzymaliśmy się w miejscach związanych z obroną polskości na niegdyś przygranicznych ziemiach naszej ojczyzny. Byliśmy w Kargowej przy ratuszu pod tablicą poświęconą kapitanowi Więckowskiemu - dowódcy polskiego oddziału, który przeciwstawił się niemieckiemu batalionowi i tam oddał życie. W Babimoście złożyliśmy kwiaty i zapaliliśmy znicze pod pomnikiem upamiętniającym powstańców wielkopolskich oraz bohaterów walk o polskość ziemi babimojskiej w latach 1655-1919-1945. Przejeżdżając przez Klępsk wstąpiliśmy do wyjątkowego w swej architekturze i wymowie drewnianego kościółka. Jego wyjątkowy charakter ma źródło w jego pochodzeniu. Przejmując tę świątynię, kościół katolicki wykorzystał na Chwałę Bożą to, co stworzyli ewangeliccy artyści. Bez wahania można stwierdzić, że jest to perełka wśród polskich świątyń.
Z Klępska pojechaliśmy już prosto do Zielonej Góry, gdzie z Winnego Wzgórza Michał pokazał nam swoje zielone miasto, a na cmentarzu pod pomnikiem Golgoty Polski uczciliśmy pamięć tych, którzy nie tylko oddawali życie za naszą wolność, ale i dla nas cierpieli w niemieckich obozach pracy i kazamatach wschodu. Szczególny to jest pomnik - rozstawione, według mapy kontynentu euroazjatyckiego na dość dużej powierzchni mniejsze i większe głazy z nazwami miejscowości, w których Polacy cierpieli za to, że byli Polakami.
Po tej patriotycznej części autokar (a w nim pan Robert) wywiózł nas do lasu, byśmy mogli Wałem Zielonogórskim wrócić z powrotem do miasta, wszedłszy po drodze jeszcze na jedną z wież Bismarcka, z której można było (w małych grupkach) podziwiać piękną panoramę. Rajd zakończyliśmy bardzo dobrym obiadem podanym nam przez miłych gospodarzy i tradycyjnie, jak przy 11-listopadowym święcie, rogalami nadziewanymi po poznańsku (z czubkiem, czyli nadmiarem) białym makiem.
Tegoroczny wyjazd był bardzo udany (Michale, jesteś wielki!), jak z resztą każdy nasz listopadowy wyjazd. Przy tak napiętym programie z ledwością i tylko dzięki nadzwyczajnym zdolnościom pana Roberta, dojechaliśmy do Poznania ok. 19:00.(JL)
Koło PTTK Pracowników PP
Administracja strony: Joanna Loręcka Joanna.Lorecka@put.poznan.pl Koło PTTK nr 8 Pracowników Politechniki Poznańskiej
Strona znajduje się na serwerze Politechniki Poznańskiej
[Rozmiar: 718 bajtĂłw]